czwartek, 16 października 2008

Pewien noblista

Do pewnego okupowanego miasta, jakoś na samym początku wojny, powrócił pewien 28 letni wówczas intelektualista i napisał dla pewnej gazety pewien wiersz o pewnym człowieku i pewnej organizacji, który to wiersz uszedł uwadze pewnych cenzorów, a potem ktoś go nawet nagrodził nagrodą imienia pewnego pana na s. Uważnej lektury...



Czesław Miłosz, Wilno 1939
hint: czytaj całe linijki.

sobota, 11 października 2008

Wielka fala co podrywa i zniewala - cz.1

Całe dwadzieścia trzy lata swojego nonszalanckiego intelektualnie życia przebimbałem w słodkim przekonaniu, że co jak co, ale falę to w Polsce mamy największą. A tu się okazuje, że ot tacy oportuniści Francuzi, którzy nie raczyli nawet podnieść swoich szanownych czterech francuskich liter, gdy nam brakło ziemi na mogiły, bo chować sól ziemi..., że tacy Francuzi mają nie tylko szybszą kolej, (lepsze) autostrady, wyższe PKB, piękniejsze góry, ładniejsze plaże, fajniejszych sąsiadów etc., to jeszcze zupełnie niezasłużenie mają lepszą falę, mimo że nasi chłopcy bardzo ciężko na naszą falę pracują...

Ale po kolei. Więc było to tak (bociana dziobał szpak, a potem była zmiana i szpak dziobał bociana; potem były jeszcze dwie takie zmiany; ile razy szpak był dziobany?) Więc było to tak. Ustaliliśmy z pewnym Jankiem, że ruszymy się gdzieś dalej. I to tym razem nie nad morze (tfu, ocean). Ale jak tu nie pojechać nad ocean, jeśli Jahwe uraczył nas środkiem lata na początku jesieni. No więc ocean. Całkiem nieświadomie zorganizowała się grupa dwudziestu osób również łaknących sposobności, by w cynicznym uniesieniu porozsyłać zmiarzniętym znajomym zdjęcia gorącej październikowej plaży (chyba jedynie Greczynkom ciężko postawić taki zarzut). I tak pojechaliśmy do Lacanau

Słów parę o francuskiej oceanicznej plaży. Każda plaża jest inna, ale wyodrębnić można pewne cechy wspólne wszystkich francuskich plaż. Otóż plaża zaczyna się tam, gdzie pobliska miejscowość wytyczyła sobie główny zapiaszczony deptak wdzierający się w piasek. Rozejrzyjmy się teraz dookoła. Po jednej i drugiej stronie aż roi się od ludzi. Spokojnie, jest dopiero jedenasta. O 14 dopiero zacznie się oblężenie (aż kusi, żeby ukąsić jakimś tandetnym przytykiem historycznym, ale stanę ponad tym i zaniecham). Schodzimy na piasek i zdejmujemy buty, dzięki czemu rozkoszujemy się przecudnym mięciutkim piaseczkiem, chwalonym przez wszystkich za jego sypkość (a jaki do diabła ma być piasek, jeśli nie sypki?) i maciupeńkie ziarenka i nikt mi nie chce wierzyć, że jest fenomenalnie identyczny z naszym swojskim bałtyckim. Ale na tym koniec podobieństw. Posuwamy się kawałek dalej. Po króciutkim marszu, który nie objął nawet 5% dystansu, jaki obejmujemy wzrokiem odczuwamy wyraźny spadek zaludnienia. Znajdujemy sobie przytulne miejsce i możemy zainteresować się falami.

A jest czym się interesować. Fale, które widzimy mają na moje poczwórne oko wysokość 3-3,5 metrów. Załamują się, czy to ze względu na ukształtowanie dna, czy może fatalną grę surferów (o tym później), w odległości jakichś 50 - 100 metrów od brzegu, po czym wzbierają jeszcze raz i - już z mniejszym wigorem (pozdrawiam pana Prezydenta!) - nabierają impetu, by szczytując z fenomenalnym grzmotem efektownie dokonać żywota i momentalnie zrobić miejsce dla swoich następczyń. Prawdziwy mężczyzna, czyli taki, w którym jest więcej jest dziecka niż dorosłego, czuje podskórnie, że z taką falą należy walczyć.

Walczyć można na wiele sposobów, spośród których najpopularniejsze są takie:
- "na Małysza" - to dla dziewczyn, stoi się w wodzie gdzieś do kolan, czyli tuż przy brzegu, i przeskakuje się główną grań resztek przeciwnika, które docierają do tego miejsca; trzeba się dobrze wybić; ale uwaga! nawet taki przeciwnik z łatwością może nas przewrócić
- "himan" - stoisz w wodzie gdzieś do pasa i próbujesz się utrzymać w miejscu; rzadko się to udaje; częściej przeciwnik cię przykryje albo podniesie
- "na klatę" stoisz głębiej przodem do fali; rzucasz się na nią, a potem przez długi czas nie wiesz co się z Tobą dzieje; w końcu odnajdujesz się w zupełnie innym miejscu, z dużą ilością szczypiącej słonej wody w nosie i buzi oraz z piaskiem we włosach.
- "Krzyżak" - w zasadzie wygląda tak samo jak wersja powyższa, ale falę przyjmujesz na placy, przy czym w momencie uderzenia uderzasz szeroko rozstawionymi ramionami w przeciwnika; uwaga, czasem bolą plecy albo nerki, jeśli przeciwnik jest wredny; masz przy tej metodzie jeszcze mniejszy wpływ na to co dzieje się z Tobą przez pierwszą minutę po uderzeniu i jednocześnie masz w sobie mniej piasku i słonej wody.
- "skok na główkę" - wydaje się najbardziej niebezpieczną metodą, a tak naprawdę jest najbezpieczniejszy; Skaczesz prosto w przeciwnika, na co on zupełnie nie jest przygotowany. Wbijasz się w niego, po czym albo się przez niego przebijasz i tylko widzisz kątem oka, jak rozbija się haniebnie o brzeg albo też następuje to, co przy dwóch poprzednich sposobach, czyli przez dobrych parę chwil nie wiesz co się z Tobą dzieje, widzisz tylko wodę i swoje bezwładne kończyny przelatujące przez ekran, po czym lądujesz parę metrów dalej w pozycji drastycznie innej, niż przyjęta w ogólnoludzkich normach.

Podobno dużo jest utonięć. To chyba za sprawą surferów, których jest tam na pęczki, ale są strasznie nieudolni i w niczym nie przypominają tych ze słonecznego patrolu, może zresztą i dobrze. Śmiesznie to wygląda, gdy świetnie uzbrojeni maczosi stoją sobie w obcisłych kombinezonach, a gdy tylko widzą jakąś ładną, skąpo ubraną panią, nagle się zrywają (że niby właśnie widzą godną sobie falę, bo dotychczas to same siksy przychodziły), wbiegają wręcz na tą falę, podpływają... ona jest coraz bliżej, zaraz będzie uderzenie, chłopaki już się po niej ślizgają, już powoli się podnoszą (bo dotychczas leżeli na deskach brzuchem), już powoli stają i... ona ich zwyczajnie przykrywa i pokonuje. Polowałem na dobre ujęcie chyba z godzinę i z bandy rozbitków wyłowiłem góra cztery przebłyski prawdziwego surfowania. Jedyne co udaje się tym surferom to bycie zagrożeniem "wpławerów". Zupełnie przypominało mi to konflikt narciarzy i deskarzy. Czułem taką wysublimowaną narciarską wyższość, jak nad snowboardem, przy jednoczesnej bezradności i bezbronności przed ich absolutnym brakiem kontroli nad swoimi ruchami i olbrzymią inercją, a także parytetem siły. Ja wolę pływać w wodzie bez deski, a surfować po internecie.

C.D.N.

środa, 8 października 2008

Rzuć palenie!



Śmiać się? Płakać?

wtorek, 7 października 2008

Bordeaux spostrzeżenia, cz 1.

Po ponad 3 tygodniach spędzonych we Francji popełniłem pewne spostrzeżenia, pośród których przynajmniej część okaże się bardzo naiwna, z innych pewnie za jakiś czas się wycofam, a jeszcze inne zabrzmią bardzo stereotypiarsko, więc to raczej szkic do stwierdzeń, których będę gotów kiedyś bronić. Zaznaczam, że dotyczą one Bordeaux i być może nie znajdują potwierdzenia w innych rejonach Francji.

Ą-Ę i MUB

"Ą - Ę przez bibułkę". To nie tutaj. Kobiet nie puszcza się tu przodem, ani też nie pomaga się im, nawet gdy tego bardzo potrzebują. Nie ma taryfy ulgowej. Obserwuję: udzie chłopak z dziewczyną. Upadła jej torba. Musiała torbę podnieść, a przecież niosła jeszcze dwie inne. Mocno się biedaczka nagimnastykowała. Chłopak się nie gimnastykował, mimo że miał wolne ręce. Obserwuję: inna dziewczyna jechała z grupą swoich francuskich kolegów. Wypadł jej z torebki telefon i ktoś jej go podniósł. Kto? Stojący parę metrów dalej Słowak. Jak Francuzi strasznie nie dbają o swoje kobiety! A przecież mają o kogo dbać! Masakra.

MUB są wyrazem tego jak bardzo rzeczeni nie dbają również i o starszych ludzi. Małe Upierdliwe Babcie, bo o nich mowa, są niegroźne. Niegroźne dopóki nie wyświadczy się im choćby najdrobniejszej przysługi.

dygresja: Ludzie mają tu bzika na punkcie uprzejmości. Nie jest ona może taka sztuczna jak w Wielkiej Brytanii, niemniej jednak troszkę drażni mój słowiański dystans do obcych i słowiańską oszczędność czynioną na miłych słowach. Słyszę kilkadziesiąt merci dziennie, przy czym często naprawdę nie wiem za co, chyba za to, że kogoś nie popchnąłem (a mogłem) albo nie wymierzyłem srogiego kopniaka (a taka była okazja).

Wróćmy do babć. Przedsmak tego na czym polega MUB zaserwowano mi w tramwaju. Jechał sobie jakiś Nigeryjczyk, a nad nim łypała przyczajona do ataku babcia. W którymś momencie chłopak wstał i powiedział "proszę sobie usiąść". W tym momencie babcia automatycznie włączyła tryb "merci", załączyła napęd na 4 koła i uruchomiła turbo. Zachowała się jakby jej syn dostał właśnie nagrodę Nobla, która mu się należała (jak Wolszczanowi) od wielu lat, a córkę właśnie uwolnili pakistańscy porywacze. Zaczął się potok podziękowań i wdzięczności, której nie przeszkadzał nawet fakt, że chłopak udał się wprost do drzwi wyjściowych. To dało mi dużo do myślenia. Innym razem sam ustąpiłem takiej babci. Wprawdzie przeczuwałem, że robię źle, jednak w najgęstszych obłokach morfeusza nie przypuszczałem, że spotka mnie za to aż taka kara. Babcia była wniebowzięta. Chciała mnie od razu zaprosić do siebie na herbatkę, zapoznać mnie ze wszystkimi swoimi kotami i jeszcze ugotować obiad. Potem jeszcze raz ustąpiłem jednej babuszce miejsca. Tym razem nie dałem jej nawet szans na podziękowania. Wysiadłem natychmiast z tramwaju i poczekałem na następny. Nie dziwię się, że tutaj nie ustępuje się miejsca starszym ludziom.

Miłość jest ślepa, czyli pulpety w gębie

Konkretnie miłość do języka francuskiego. Bo to w moim przypadku miłość całkowicie nieodwzajemniona. Czasem, gdy ktoś mówi wyraźnie, rozumiem wszystko. A czasem ludzie tutaj wsadzają sobie do buzi pulpety, a w każdym razie tak to brzmi. Tragedia. Raz rozmawiałem z jakimś lokalnym panem dozorcą akademika, którego natura obdarzyła nie tylko pulpetami w gębie, ale także wadą wymowy. Z jego pięciominutowego monologu nie zrozumiałem dosłownie nic. Zacząłem się zastanawiać, czy on czasem nie jest jakimś obcokrajowcem. Ale nie. W ogóle Francuzi wiedzą doskonale, kiedy mówią zrozumiale, a kiedy powinni troszkę zwolnić i postarać się o dokładniejsze wymawianie poszczególnych słów i zrezygnować z niektórych kolokwializmów. Ale tego często nie robią. Mam często wrażenie, że to wszystko jest celowe, na zasadzie "chcą skumać, to niech się dobrze nauczą języka, ja się nie będę specjalnie starał". Dobra, może to tylko wrażenie.

Poplątanie języków


Wciąż o językach. Ciekawe zjawiska zaobserwowałem, gdy razem z kolegą Jankiem zapisaliśmy się na zajęcia z niemieckiego. Niemiecki po francusku? Ciekawe połączenie. Ponadto - skoro niektóre fragmenty lekcji rozumiałem ja, a niektóre Janek - często pomagaliśmy sobie po polsku. Zrobiły się z tego trzy języki. Z jednej strony chciałoby się powiedzieć "o 2 za dużo". A z drugiej strony ta lekcja byłą ciekawym doświadczeniem, wymagała naprawdę niezłej koncentracji. W takiej sytuacji naprawdę dużo się odkrywa, również w swoim języku, choć jednocześnie jest to całkiem męczące.

Przy okazji wydało się jeszcze parę ciekawostek. Najbardziej uderzyła mnie oporowość, jeśli nie ułomność Francuzów do nauki języków obcych. Ja zapytany o długość nauki języka naszych wspólnych (Polaków i Francuzów) sąsiadów, oszacowałem ją na rok (no bo nie będę przecież tłumaczył, że mieszkałem w Niemczech, ale to było tak dawno, że najstarsi piwosze bawarscy nie pamiętają, kiedy to było) mimo, że tak naprawdę Polak nauczyłby się tego w pół roku albo i szybciej. I mniej więcej mój poziom odpowiada średniej w grupie. Tylko, że średnia tej grupy wynosi 7 lat nauki z wartościami maksymalną i minimalną odpowiednio 11 i 6 lat! Jedna dziewczyna po sześciu latach nauki nie rozumiała pytania "jak długo uczysz się niemieckiego" (a przed nią na to samo pytanie odpowiadała po kolei cała grupa, więc nawet z kontekstu można się było skumać). Teraz zaczynam rozumieć czemu tu się nie można dogadać po nie-francusku.

Nie mniej ciekawa była reakcja grupy na to, że jesteśmy z Polski. "No to jak jesteście z Polski, na pewno świetnie mówicie po niemiecku". Postarałem się ten temat troszkę podrążyć. I znalazłem 3 rozwinięcia tego stwierdzenia, spośród których chyba wszystkie są po trochu prawdziwe (wg Francuzów):
- jesteście Polakami, a wszyscy Polacy uczą się niemieckiego, bo przecież to Wasz ważny sąsiad,
- jesteście Polakami, czyli nie macie takiego antytalentu do języków, jak my,
(a teraz najlepsze:)
- jesteście Polakami, a to znaczy, że [sic!] Wasz język jest podobny do niemieckiego.
To dość powszechny pogląd, z którym spotkałem się tu kilka razy. Pierwsze wrażenie: O Boże, co za brednia! Ale w zasadzie cień prawdy w tym jest, a przynajmniej rozumiem skąd się taki pogląd mógł wziąć. Otóż tutaj zna się dużo Polaków, bo Polaków we Francji jest całkiem sporo. I wie się, że Polacy często mówią po niemiecku. Obydwa języki są dla Francuzów dość podobne pod tym względem, że mówi się to, co się pisze. Obydwa są wyraźnie inne od angielskiego, hiszpańskiego, włoskiego czy portugalskiego, a więc języków bądź co bądź łatwiej przyswajalnych dla przeciętnego zjadacza bagietki. No a poza tym, o czym Francuzi z pewnością nie wiedzą, mamy w swoim języku bardzo dużo zapożyczeń od Niemców (oni mają dużo mniej polskich). Niemniej tak czy siak, żeby nie było - pogląd o podobieństwie polskiego i niemieckiego to wierutna bzdura i zarazem przejaw ignorancji.

Wróćmy do języka francuskiego. Na jednej z "posiadówek" studentów przyjezdnych, czyli Erasmusów, wyjątkowo dała mi się we znaki słaba znajomość francuskiego. Przyznać muszę, że niezmiernie irytuje mnie, gdy mam na jakiś temat dużo do powiedzenia, a nie dość, że nie mogę powiedzieć tego, co bym chciał, to na dodatek wychodzę na ignoranta albo kogoś, kto nie ma wcale poglądów. Nie lepiej jest, gdy próbuję zażartować, a żart ów ma bardzo krótką datę ważności. Króciusieńką. Zazwyczaj w takiej sytuacji działa swoista, lingwistyczna wersja prawa Murphiego (jeśli zastanawiasz się jak coś sformułować najlepiej, tak, żeby wszyscy zrozumieli i rozważasz jedną z kilku wersji sformułowań, to na pewno wybierzesz takie, którego nikt nie zrozumie). Wówczas zabieram się za tłumaczenie, ale jednocześnie wiem, że oto właśnie żart się przeterminował, jest już zepsuty i nie nadaje się do spożycia. A jednocześnie zabrnąłem już tak daleko, że nie mogę zrobić odwrotu. Czuję się, jakbym na oczach wszystkich swoich słuchaczy położył na patelni stary, porośnięty zielono-białym puchem schabowy i uśmiechając się zapewniał, że będzie im smakowało. Szlag mnie trafia! Tego wieczoru wszystko to miało miejsce po wielokroć. A na sam koniec dowiedziałem się, że Włoszka, która mówi po francusku całkiem dobrze, a z pewnością lepiej niż ja, uczy się go od 3... miesięcy. Kur.....mać!

Potem się pocieszyłem. Gdy nasz region Europy kiedyś przestanie być tym biedniejszym bratem albo przynajmniej zacznie bardziej się liczyć, i to nie tylko jako region do robienia interesów, ale i jako region wart zainteresowania, zwiedzenia i zasmakowania, coraz więcej osób z Zachodu zacznie odkrywać nasze kraje i uczyć się języków słowiańskich. Wówczas to my będziemy górą, po trzech miesiącach nauki dajmy na to serbsko-chorwackiego będziemy wymiatać lepiej niż Francuz, który uczy się tego języka od lat ośmiu (tak, ośmiu...). W każdym razie na pewno łatwiej nam nauczyć się języka zachodniego niż im języka wschodniego. A przecież my już znamy przynajmniej po 2 zachodnie języki.

Ładni ludzie

We Francji ludzie są jacyś tacy odrobinę ładniejsi. Dotyczy to zarówno urody jako takiej, jak i umiejętnego jej wykorzystania (nie oszpecenia) za pomocą artefaktów w postaci poszycia zewnętrznego, malowania, kamuflażu i dodatkowych uzbrojeń, których w przerażającej ich większości nie umiałbym nawet nazwać.

Uroda. Daleki jestem od wychwalania urody Francuzek i absolutnie nie podejmę się porównywania ich z Polkami, bo jedne i drugie są raczej ładne. Niemniej jednak, co brzmi zupełnie absurdalnie i jest poglądem cokolwiek ekscentrycznym, w ogóle wszyscy ludzie tutaj są jacyś ładniejsi, również imigranci, turyści, zagraniczni studenci i cała niefrancuska masa, która wystawiła tutaj bardzo liczną reprezentację. Nawet przyjeżdżające tutaj Brytyjki i Niemki cokolwiek nie straszą. Może na uczelniach mają jakiś taki system rekrutacyjny, w którym dostaje się punkty za urodę? A może to wszystko kwestia...

Ubioru. Nie ma w ogóle dresiarstwa. Co najwyżej czarni skejci. Ale to w zasadzie nawet ciekawy element krajobrazu, poza tym rzadki. A ciemnoskórzy są niekiedy nawet lepiej ubrani niż przeciętni rodowici Francuzi. Ubierają się modnie, gustownie i unosi się nad nimi woń drogich, całkiem dobrze dobranych zapachów. Do niedawna wydawało mi się, że wśród azjatycko-afrykańskich emigrantów mieszkających w Europie Zachodniej dominują, a przynajmniej na pierwszy plan wysuwają się śmierdzący, ubrani jak bossowie discopolo, szpanujący świeżo kupionymi lub ukradzionymi sprzętami dorobkiewicze. Tutaj tacy też się znajdą, ale nie dominują w ostatecznym obrazie pozaeuropejskich imigrantów.

sobota, 27 września 2008

Znowu Jutiub

Tym razem Jutiub zrobił mi bardzo miłą niespodziankę. Oto i ona:



Zawsze uwielbiałem to nagranie. I zawsze znałem je tylko z wersji audio i bardzo mnie ciekawiło, jak to wszystko wygląda, jak sobie razem Rysio z Martyną śpiewają. I już straciłem wiarę w to, że gdziekolwiek istnieje wideo. Aż tu nagle. Przecież właśnie tak to sobie wyobrażałem! Szkoda, że Ryśka nie widać, ale to że go nie widać całkiem do niego pasuje.

No i nie mogę przepuścić takiej okazji, żeby przy okazji... Red as a brick

piątek, 26 września 2008

To lubię

Genialne! Ilekroć to oglądam, zachwyca mnie to! Jest takie francuskie...



A skoro już jesteśmy przy temacie krótkich filmów. Francuzi robią chyba najlepsze Courts métrages. Ale Brytyjczykom też zdarza się czasem nakręcić coś dobrego. Przykładem jest ten poniżej. Choć jest brytyjski, aż cuchnie francuskością.

czwartek, 25 września 2008

Bordeaux

Żeby taśmie stało się zadość, rzutem na taśmę zdjęć parę z Bordeaux.

Arcachon i Dune de Pyla

Wypadałoby wreszcie coś napisać. Zacznijmy może skromnie od niedzielnej wycieczki z Bordeaux nad morze... jakie tam morze. Nad ocean!

Pierwotnie pojechałem do miejscowości Arcachon, ale jako że nie było tam porywająco, postanowiłem dostać się do Dune de Pyla - czyli najwyższych i największych wydm w całej Europie.
Oto co zobaczyłem

pozdro

Maro

niedziela, 29 czerwca 2008

ogłoszenia






Zanim sobie pojadę (a nastąpi to za 20 minut)...\

piątek, 27 czerwca 2008

uciekam [sic!] z tych sadów!

Blog na pewien czas umarł. Był to znak, że wreszcie zabrałem się za sesję. Wynik tego jest mizerny, ale to już inna sprawa. Blog wcale w najbliższym czasie nie ożyje, nie będę teraz miał ani czasu ani możliwości, żeby napisać chociaż krótki post albo kontynuować obronę Jacka Kuronia przed atakami komentarzy Tomka "t3d" D. (pozdro!). Czemu? Bo za chwil parę wyjeżdżam do samego serca Rosji, czyli na Sybir. Nie omieszkam wszystkiego szczegółowo opisać (dwutygodniowego łażenia po Ałtaju, zaćmienia słońca - 01.08.08, naszych lekcji polskiego dla grupy 300 Rosjan i wielu wielu innych).

A więc, do zobaczenia w sierpniu albo we wrześniu!

Maro

PS:

piątek, 13 czerwca 2008

Hrumaliada

Popełniłem coś z serii "moja radosna tfórczość"
Hrumaliada

Wyłło i męłło, aż się zagiełło
tak to się, bracia, wszystko zaczęłło

Hrumak słynnym był stworem pokrzywy
jak ryba wywijał, choć był robaczywy
i siedząc latami nad pstrym brzegiem Hrysły
patrzył jak posąg na cień swój obwisły

Raz grzybną zaprawę wyjąwszy spod runa
pokrzywą zabija szczep brata, Hruna
i nim się obejrzał Hrumak niecnisty
szczep jego brata stał się sielisty

Hrun był miłości pełen kawał gada
lecz hrunowa poczć granice posiada
i gdy precz jego senność poszła niesforna
ruszcz go objęła potwornie potworna

Krzywd - krzyczy – krztrętne krzywdzidzielczę!
skrzywię cię na całym krzywym twym cielcze
i tak bluszcz bluszcząc nozdrzem okraka
łamie umizgi i grucha Hrumaka

Lecz po wtórnych wtórach fraterskiej potyczki
chapnął w locie Hrumak kawałek pokrzyczki
i już bratu wymierzał śmierci pięściopa
gdy obaj poczuli oddech… Hrabopa

Po chwili było po całym już krzyku
gdy obaj płynęli wodami przełyku
i nastał fraterskiej gołębny czas zgody
bo w jego żołądku dojrzeli jagody

Przyknuli plan tedy jagodziej powodzi
i napyliwszy Hrabopa bezbronnej gardłodzi
jagody gniewne córy Animozji
świecili niechybnej potwora eksplozji

I już czuje Hrabop, że cos mu kotleje
jął tedy wlewać w swe gardło oleje
i trwał tak dni parę niemocą grzmiący
nabrzmiały, pękaty i wiatry pędzący

Jak nie huknęło! Toż po całym świecie
rozbryzgły wnętrza hrabopie i śmiecie
ocean przykryło ścierwo Hrabopa
i tak oto, bracia, powstała Europa

Hrun nie ustaje w Hrumaka nasłuchu
w nowych realiach już po wybuchu
a Hrumak odnalazł w pokrzyczce kryjówkę
i chrapiąc chromoli Hruna bojówkę

Mełło i wyłło, aż się spełniłło
tak to się, bracia, wszystko skończyłło


A teraz moja inspiracja. Znów pojawia się tu Stanisław Barańczak. Jest on autorem najlepszego, a przynajmniej najpopularniejszego tłumaczenia wiersza "Jabberwoocky" napisanego w oryginale przez Lewisa Carrolla (autora m.in. Alicji w Krainie Czarów). Przed Państwem maestro Stanisław Barańczak i "Dziaberliada" (pozdro Gustaw!)...
Dziaberliada

Brzdęśniało już; ślimonne prztowie
Wyrło i warło się w gulbieży;
Zmimszałe ćwiły borogowie
I rcie grdypały z mrzerzy.

"O strzeż się, synu, Dziaberłaka!
Łap pazurzastych, zębnej paszczy!
Omiń Dziupdziupa, złego ptaka,
Z którym się Brutwiel piastrzy!"

A on jął w garść worpalny miecz:
Nim wroga wdepcze w grzębrną krumać,
Chce tu, gdzie szum, wśród drzew Tumtum
stać parę chwil i dumać.

Lecz gdy tak tonie w dumań gląpie,
Dziaberłak płomienistooki
Z dala przez gąszcze tulżyc tąpie,
Brdli, bierze się pod boki!

Ba-bach! Ba-bach! I rach, i ciach
Worpalny brzeszczot cielsko ciachnął!
A on wziął łeb i poprzez step
W powrotny szlak się szlachnął.

"Tyżeś więc ubił Dziaberłaka?
Pójdź, chłopcze, chlubo jazd i piechot,
Objąć się daj! Ho-hej! Ha-haj!",
Rżał rupertyczny rechot.

Brzdęśniało już; ślimonne prztowie
Wyrło i warło się w gulbieży;
Zmimszałe ćwiły borogovie
I rcie grdypały z mrzerzy.

A tu znajdziecie oryginał oraz pozostałe tłumaczenia. Przy okazji ciekawostka ornitologiczna - jednemu z tłumaczeń winny jest ekscentryczny JKM we własnej osobie (nie, nie chodzi o Jego Królewską Mość).

czwartek, 12 czerwca 2008

hmmm futbolowo




Jacki

Chcieliśmy kiedyś z pewnym Pafciem (pozdro Pafcio!) wybudować pomnik Jacka Kaczmarskiego. Ale jakoś stwierdziliśmy, że dużo lepiej wyglądałby pomnik trzech Jacków - Kaczmarskiego i? Kogo - zapytacie... Drugim Jackiem niech będzie... Kuroń oczywiście!

O Kaczmarskim napiszę przy okazji, bo zajmie mi to pewnie z 5 postów.

A Kuroń to fajny ziomek był. Jakoś niedługo przed jego śmiercią przeczytałem książkę "PRL dla początkujących" (by Wydawnictwo Dolnośląskie, seria "A to Polska właśnie"), która jest niesamowitą pogawędką niesamowitego Kuronia i całkiem samowitego Żakowskiego (nomen omen Jacka również) i ta książka otworzyła mi oczy na całą olbrzymią epokę, którą naiwny czytelnik zaczyna rozumieć razem z naiwnym Kuroniem z lat 50 i potem coraz mniej naiwnym Kuroniem z lat następnych. Kuronia czyta się świetnie, a jak się go czyta, w uszach słyszy się jego charakterystyczny schorowany i przepalony głos i aż odgłos otwieranego termosu z herbatą. Widać też jego dżinsową koszulę.

Kto zna Kuronia, wie jak wielkim był człowiekiem. Nie będę przytaczał całej jego historii, bo tą znaleźć można ot choćby w necie. Kuroń miał w sobie coś niesamowitego, bo ciągle walcząc nie walczył przeciw komuś, ale dla kogoś. Wywodził się z rodziny PPS-owskiej. PPS-owska była cała przedwojenna nieziemiańska inteligencja, tacy też byli Kuroniowie. Kuroń najpierw wierzył w socjalizm i wcale z nim nie walczył. Zaczął się sprzeciwiać w momencie, gdy zaczęło się koło niego dziać niedobrze. Ale wcale nie występował przeciw socjalizmowi jako takiemu, a raczej przeciw jego formie zaimplementowanej przez PRL. Choć był człowiekiem niezwykle inteligentnym i wykształconym, zawsze dobrze czuł się wśród ludzi prostych. Tak naprawdę postulował dyktaturę... robotników. Kuroń był jakimś takim przeciwieństwem pisowskiej zadziorności i pamiętliwości. On czując się świetnie wśród robotników jest tak naprawdę o niebo ponad wszystkimi współczesnymi procesującymi się krzykaczami i bulterierami. Czemu o tych krzykaczach mówię? Ano przypomina mi się strasznie przykry odcinek programu Teraz My z udziałem (...- autocenzura) Wojciecha Wierzejskiego i Macieja Kuronia występującego w roli obrońcy szarganego przez elpeerowskich oszołomów nazwiska. Syn Jacka zachował się fenomenalnie. W czasie, kiedy wszyscy oglądający ten program kipieli i zielenieli, nie mogąc zdzierżyć potwarzy rzucanych przez Wierzejskiego, Maciek najzwyczajniej w świecie podał mu rękę na pożegnanie i powiedział, że wybacza te obelgi, bo tak postępować nauczył go ojciec. Nagrania nigdzie nie mogę znaleźć, znalazłem jedynie taki opis. Ale tak naprawdę trzeba było to wszystko obejrzeć, żeby zrozumieć z jakim trudem przyszłoby każdemu z nas zdobyć się na taki gest.

A teraz Jacka Kuronia miłość życia. Grażyna Kuroń, zwana Gają. Matka Maćka. Była jakością samą w sobie. Prześladowana, bita i nachodzona przez SB-ecję, była całkowicie niezniszczalna. Wciąż pełna życia. Razem z Jackiem dodawali sobie nawzajem energii. Aż w którymś momencie przegrała z chorobą płuc (leczył ją sam Edelman). Mogli razem z Jackiem wyjechać na leczenie za granicę. Ale nie złożyli broni.

Ośrodek Karta jest w posiadaniu ich listów z czasów więzień i internowania. Nie lubię się rozczulać, ale to jest naprawdę piękne. Te listy nawet nie wymagają tła historycznego, choć takie tło dodaje im jeszcze większego dramatyzmu. Wycinki tych listów zobaczyć można tutaj.

Przejęty jej młodym odejściem (miała 42 lata) Stanisław Barańczak napisał taki wiersz:
Grażynie
Pamiętać o papierosach. Żeby zawsze były pod ręką,
gotowe do wsunięcia w kieszeń, gdy znowu go zabierają.

Znać na pamięć przepisy dotyczące paczek i widzeń.
Sztukę zmuszania mięśni twarzy do uśmiechu.

Jednym chłodnym spojrzeniem gasić wrzask policjanta,
zaparzać spokojnie herbatę, gdy oni bebeszą szuflady.

Z obozu albo szpitala słać listy, że wszystko w porządku.

Tyle umiejętności, taka perfekcja. Mówię poważnie.
Chociażby po to, aby się nie zmarnowały,
nagrodą za to wszystko powinna być nieśmiertelność,
a już co najmniej jej wybrakowana wersja, życie.

No to mamy dwóch Jacków, a co z tym trzecim? Jest jeden kandydat, ale niestety jaki by nie był, nie wiadomo czy zdoła dorównać pozostałej dwójce. A nazywa się on Kleyff. Był kiedyś takim Kaczmarskim, ale potem go Kaczmarski przerósł bezkompromisowością, głęboki tekstami, a także autentycznością swojego życia - iście ułańskiego, pijackiego i bardowskiego. Ale Kleyff Kaczmarskiego przeżył i nadal gra, śpiewa i komponuje. Występuje razem ze swoim zespołem Orkiestra na Zdrowie.

Niestety w sieci znajduje się niewiele sensownych nagrań Jacka i zespołu ONZ. Co do pomnika - Jacek Kleyff wciąż żyje i ma się dobrze. A pomniki stawia się raczej trupom...

Oto kilka próbek. (polecam najpierw wersje audio - są lepsze niż nagrania z Jutiuba)
Moja ulubiona piosenka z repertuaru Jacka KleyffaA ile
Najbardziej bodaj znana piosenka - huśtawki
Godna uwagi jest też Pierwszy List do Leonarda Cohena
a tutaj pozostałe kawałki

A teraz Jutiub:





***

Aha, skoro o Jackach - chwila ciszy dla mojego kolegi Jacka G., który dzisiaj obchodziłby 29 urodziny, gdyby nie zginął 2 tygodnie temu w nowozelandzkich górach...

Gdyby życie było jak forum internetowe

See more funny videos at CollegeHumor

środa, 11 czerwca 2008

Swaboda ruskiego naroda



A mi przypomina się wersja alternatywna, której nauczył nas historyk z ogólniaka, swoją drogą nieziemsko równy gość. Nie nadaje się ona do powtórzenia. Zaczynała się tak: Na ch.j nam swaboda ruskiego naroda...

wtorek, 10 czerwca 2008

Syndrom studenta

"Eureka! To jest o mnie!" - pomyślałem po przeczytaniu pewnego wikipedycznego artykułu. Z moich obserwacji wynika, że dokładnie tak samo reagują wszyscy wokół. Nie przypadkowo nazwano to syndromem studenta. Prokrastynacja (pozdro Andrew S. i dzieki za linka!), bo o tym mowa, to straszne bezlitosne paskudztwo, a raczej olbrzymi worek, do którego z łatwością można powrzucać 3 miliardy ludzkich problemów. Oczywiście odmian tego jest pewnie tyle ile osób tej dolegliwości się poddaje, a pewnie w klasyfikacji generalnej jest tych osób więcej niż mniej.
W psychologii prokrastynacja lub zwlekanie oznacza patologiczną tendencję do nieustannego przekładania pewnych czynności na później, ujawniającą się w różnych dziedzinach życia. Bywa nazywana "syndromem studenta".

Prokrastynator ma problemy z zabraniem się do pracy, zwłaszcza wtedy, gdy nie widzi natychmiastowych efektów.

Dawno temu spotkałem się z angielskim terminem 'escapism', który wyjątkowo przypadł mi do gustu. Jest to trochę coś innego, ale jednak wyraźnie w tych samych klimatach. Za escapistę uważałem kogoś, kto szybko się poddaje i nie będąc pewnym zwycięstwa ucieka w siną dal. Ta sina dal - świadomie tkwię w bliskich mi klimatach szkolno-studenckich - to wagary, nie chodzenie na kolokwia albo zwyczajny... sen.

Wracam do artykułu z Wikipedii. Oto kwintesencja:
(...) osoba taka z zapałem wykonuje inne zajęcia (zakupy, wiosenne porządki, odwiedziny u babci, pisanie kolejnych artykułów na wikipedii) wszystko to, co nie ma związku z problematycznym zadaniem.

Sam tekst - nie byłbym sobą, gdybym się do tego nie przyczepił - pachnie głęboką paranaukowością, co tak naprawdę dodaje mu uroku ("pisanie kolejnych artykułów na wikipedii"). Wygląda jakby autorzy sami tak naprawdę próbowali dobrać odpowiednią definicję dla rzuconego hasła. Najciekawszy jest fragment o perfekcjonizmie:
Większość osób dotkniętych prokrastynacją to ofiary perfekcjonizmu. Jako że perfekcję osiąga się zwykle metodą prób i błędów, a perfekcjonista nie dopuszcza myśli o błędach, pogrąża się w tym paradoksie nie robiąc nic

Moim zdaniem autorom chodziło o to, że aby w jakiejś dziedzinie być dobrym, trzeba dużo ćwiczyć, co niekiedy oznacza drogę przez liczne porażki. Tak jest m.in. w przypadku różnych dyscyplin sportowych. Ale już na przykład nauka języków moim zdaniem nie odbywa się metodą prób i błędów. Jest - czasem wolnym, czasem szybszym - poruszaniem się do przodu. A perfekcjonizm to przecież również pedantyzm w różnego rodzaju czynnościach życiowych, robienie wszystkiego jak najlepiej, najschludniej i najpełniej. Mało tu miejsca na próby i błędy. Dobra, czepiam się. Wiadomo o co chodzi. Ja zamiast nazwać to perfekcjonizmem, wspomniałbym o przerośniętych ambicjach i jakieś wewnętrznej bądź zewnętrznej presji na osiąganie sukcesów, a także na palmie*, choćby takiej małej, która odbija wszystkim, którzy uważają się za wysoki krzew, który góruje nad otaczającym je zbożem.

Ad meritum, camaradas! Jak już mówiłem - prokrastynacja to zbiór wielu, wielu paradoksów w których trwamy. Być może psychologia wydzieli z tego jakieś gałęzie i grupy i każdy z przypadków nazwie inaczej i będzie wiedziała jak mu zapobiec. Póki co wiemy, że coś takiego istnieje i posiłkując się tego typu paranaukowym definicjom możemy przynajmniej zastanowić się nad tym co w naszej organizacji czasu pracy jest nie-tak.

Na koniec polecam odwiedzenie jednego miejsca anglojęzycznego. Jest nieco bardziej "naukowe".


***
Palma

A na zupełny koniec zupełne oderwanie od tematu przerastające swym oderwaniem słabiutkie słówko 'dygresja'. Otóż przypomniała mi o swoim istnieniu świetna anegdotka Grzegorza Ciechowskiego z któregoś tam felietonu, którą czem prędzej skopiowałem i wkleiłem:

Nieznany i nieutalentowany rybak złapał zlotą rybkę.
- Wypuść mnie, rybaku, spełnię twoje...
- Trzy życzenia?! - podchwycił rybak. - Świetnie! Talentu! Talentu chcę przede wszystkim!
- Zrobione. Masz talent.
- Tak szybko!? To teraz sławy, sławy mi przydaj, rybko!
- Zrobione. Jesteś sławny...
Rybak uszom nie wierzy, ale w tym momencie, z przepływającej wlaśnie
obok czwórki ze sternikiem, dochodzą go szepty:
- Patrzcie, to ten utalentowany rybak... Panie rybaku, autograf, prosimy o autograf...
-Ja też poproszę - zmysłowo wyszeptała sterniczka - O tu, na koszulce...
- Rybko, rybko... Mam trzecie życzenie... (Rybak mówi to podpisując się na kształtnej piersi sterniczki). Tylko pośpiesz się z jego spełnieniem. Zrób tak, żeby mi dekiel nie odwalił!
-Co?- zdziwiła się rybka.
- No, żeby mi palma nie odbiła! Sodowa! Sodowa, żeby mi nie uderzyła
do głowy!
Rybka nadęła się jak ropucha i pękła. Rybak aż podskoczył z wrażenia.
- Kurczę! Pękła! O, tu leży jej głowa. Mówi coś! Rybak przystawia ucho do rybiej głowy.
- Za późno... - szepnęła rybka. - Już ci odbiło... I zdechła.

poniedziałek, 9 czerwca 2008

Główny lekarz weterynarii

Miodzie, jestem domem

Coś w stylu listu z Węgier. Tym razem genialny moim zdaniem przekład autorstwa genialnego Stanisława Barańczaka:

Husband: Honey, I’m home!
Mąż: Miodzie, jestem domem!

Wife: Is that you Tommy? Finally! What took you so long?
Żona: Czyż jesteś to ty Tomy? Finalnie! Co cię wzięło takiego długiego?

Husband: Come, come, Jennifer, don’t get upset.
Mąż: Przybądź, przybądź, Jenniferze, nie uzyskuj przewagi jednego seta w meczu tenisowym.

Wife: Why, you’ve certainly taken your time this time?
Żona: Dlaczego, ty z pewnością zabrałeś swój czas tymczasem?

Husband: It’s a jungle out there, my dear. Traffic jams every freaking five minutes, pardon my French. How was your day, by the way?
Mąż: To jest dżungla tam na zewnątrz, moja zwierzyno płowa. Dżemy sklepików tytoniowych każde zakręcone pięć minut, ułaskaw mojego Francuza. Jak był twój dzień na poboczu drogi?

Wife: Nothing out of the ordinary. Your mother called to complain that you don’t call her often enough. Your son broke another two front teeth playing ice hockey. The garbage people are on strike. I washed the kitchen floor and now my back is killing me. My allergies are a pain-in-the-neck as well. And this foul weather gives me a hell of a pleasant feeling to boot. Other than that, my life is a typical suburban housewife ran its everyday course smoothly today. In any case, dinner is served.
Żona: Nic poza obrębem czegoś ordynarnego. Twoja matka wołała narzekać że ty ją wołasz nie często dosyć. Twój syn złamał jeszcze jedne dwa zęby frontowe grając na hokeju z lodu. Śmieciarze są na uderzeniu. Wyprałam kuchenne piętro i teraz mój tył zabija mnie. Moja alergia jest bólem-w-szyi jako studnia. I ta niesportowa pogoda daje mi piekło proszącego czucia do buta. Inne niż to, moje życie jako typowej podurbanistycznej domowej żony biegło swój każdodzienny kurs gładko dziś. W dowolnym futerale, obiad jest obsłużony.

Husband: Can you fix me a stiff drink first?
Mąż: Możesz ty zreperować mi jakis sztywny napój, po pierwsze?

Wife: Out of question. The food is getting cold. Besides, why don’t you fix one for yourself? I have my hands full, tossing the salad.
Żona: Na zewnątrz pytania. Żywność jest dostająca chłodu. Obok, dlaczego ty nie zreperujesz jednego dla siebie sam? Ja mam ręce pełne, podrzucając sałatę.

Husband: All right then. I’ll get myself a can of Bud from the icebox. What are we having tonight?
Mąż: Wszystko na prawo wtedy. Dostanę sobie puszkę Pąku z lodopudła. Co jesteśmy mający tej nocy?

Wife: You didn’t expect anything fancy, did you? What we have tonight is ever-so-popular hamburgers and fries from Burger King. There’s nothing like the regular meat-and-potato kind of stuff. (Aside) I think I’m gonna throw up.
Żona: Ty nie oczekiwałeś żadnej wymyślnej rzeczy, oczekiwałeś ty? Co my mamy dziś, to są zawsze-tak-popularni szynkowi mieszczanie i smażonki z Mieszczanina Króla. Tam jest nicość przypominająca regularny mięsno-kartoflany rodzaj substancji. (Leżąc na boku) Myślę, że jestem gonną w trakcie rzutu wzwyż.

niedziela, 8 czerwca 2008

Niemce idą...

Niemcy nam wkopali. Przykre jest to, że obydwie strony wszystko sprowadzają do głębokich blizn w narodowej pamięci. Niemcy wkopywanie Polakom mają niejako zakodowane. Robią to – a jakże - profesjonalnie od zawsze. Profesjonalnie spieprzyli nam jakieś 250 lat państwowości, załatwili nam 2 wojny światowe, a w konsekwencji w czerwony kolor. My nie wkopaliśmy im od 598 lat bez miesiąca. Ale im, draniom jednym, jest jeszcze za mało!

Niemcy zalali nasz kochany stłamszony kraj chłamem jeszcze gorszym niż rodzimy Super Express oraz quasi-rzetelnymi Newsweekiem i Dziennikiem (jeszcze gorsze niż rodzime odpowiedniki) i jeszcze im, diabłom bezbożnym nie wystarcza! Teraz muszą spieprzyć nam mistrzostwa!

Dobra, koniec ironii... Ależ skąd, nie mówię wcale, że oni nas jakoś wyjątkowo nie lubią. Po prostu okazali się lepsi. Jest ich więcej, są bogatsi. Kiedyś wygrywali z nami militarnie, teraz ekonomicznie. Natomiast same mistrzostwa to przede wszystkim kasa. Oczywiście za wiele lat wszystko może się odwrócić, ale póki co mają nad nami przewagę.

Niemcy tak na co dzień mają do Polaków stosunek taki, jak my do Ukraińców czy Białorusinów. Lekka nieufność + nieśmiała sympatia + dość mgliste pojęcie o tym jacy rzeczywiście oni są + pełno stereotypów + podskórne przeczucie, że owe stereotypy odbiegają od rzeczywistości. Ale jak przyjdzie co do czego… Nie wyobrażam sobie, żeby Polacy przed takim samym meczem z dajmy na to Ukrainą dostawali podobnej furii, do furii Niemców z ostatnich dni. Ta furia to nie jest jakaś niechęć ani broń Boże nienawiść. To coś głębszego i bardziej skomplikowanego.

Czy my jesteśmy lepsi? Skąd, zachowujemy się dokładnie tak samo. A może jeszcze gorzej. Bo chcielibyśmy pokazać Niemcom, że chociaż jesteśmy biedniejsi, gorzej zorganizowani, w skrócie: słabsi, to jednak potrafimy z nimi wygrać. I jeszcze ta historia...

A oni? Oni chyba mają jeszcze gorzej. Bo to ich pozycja dominującego jest tutaj zagrożona przez sąsiada zza wschodu, który zawsze był biedny, z którego zawsze można było się śmiać (a niemieckie żarty o Polakach były na żenująco niskim poziomie), który - ubrany w niemodne wymiętolone dresy - przyjeżdżał na saksy i ciężko harował przez cały dzień zbierając niemieckie truskawki czy inne szparagi za parę marnych marek i kilka phenigów. Gdziekolwiek się ten sąsiad pojawiał, coś gdzieś komuś ginęło. A po co on w ogóle przyjeżdżał? Bo zapewne kończyła mu się kasa na wódkę.

Nie wymyślam sobie tego. Sam pamiętam jakim byłem zjawiskiem, gdy poszedłem w Niemczech do niemieckiej klasy (a miałem wtedy 8 lat), jak koledzy nie chcieli mi uwierzyć, że mam w Polsce telewizor i to jeszcze kolorowy! A jak jeździłem gdzieś na swoim rowerku made by Romet, mali niemieccy kumple nie mogli dać wiary, że on nie został wyprodukowany w Niemczech. A kilku ziomków w ogóle się do mnie nie odzywało. Tak po prostu - bo Polak. Oczywiście musieli dowiedzieć się od rodziców co to jest Polska i pewnie jeszcze niektórzy z tych rodziców kazali swoim pociechom uważać, bo przecież Polacy to złodzieje. Było to raczej bardziej śmieszne niż przykre i w ogóle nie rozpatruję tego w kategorii jakichś złych wspomnień. Ale jest to dobrą ilustracją tego co przeciętny Niemiec wiedział o Polsce.

Aż tu nagle okazało się, że Polacy są dobrymi pracownikami, o których wręcz zabiegają zagraniczni pracodawcy, że eksportują mnóstwo dobrej jakości towarów, że jeżdżą po świecie, znają języki i że jednak Odra wcale nie jest granicą wielkiego szoku cywilizacyjnego...

Z innej beczki. Obie strony przygotowały głupawe reklamy. Pierwsze stworzyli Niemcy, ale my nie pozostaliśmy dłużni





Swoją drogą mnie bardziej śmieszy (albo mniej irytuje) wersja niemiecka. Bo to przecież jest żart. A jeśli ktoś sprawę bierze na serio to znaczy, że jest niemieckim albo polskim oszołomem, który nawet nie wie, że już się nie kradnie w Niemczech samochodów, bo to się zwyczajnie przestało opłacać. A jeśli ktoś kradnie, to jest zupełnym kretynem, bo dużo bardziej opłaca się sprowadzać samochody legalnie. A polski złodziej, drodzy zachodni bracia, liczyć umie, bo załapał się jeszcze na komunistyczny system edukacyjny, a jeśli mu się udało jakoś go ominąć, to znaczy, że wykazał się ponadprzeciętną bystrością.

Niemcy zgrywają twardzieli, ale jednak meczem owym całkiem się przejęli. A my machamy szabelkami licząc jak zwykle na cud. Wszystko to jest tyleż samo śmieszne, co i żałosne.

Niemcy tryumfowali tego wieczora. Rzeczywiście rozwalili nas na łopatki. Byli lepiej przygotowani. Z drugiej strony możemy się pocieszać, że to takie nie całkiem niemieckie zwycięstwo. W końcu dwa gole zdobył dla nich Polak. Inny Polak – również opłacany przez niemieckich sponsorów – elegancko docisnął niemiecki pedał gazu i odstawił swojego niemieckiego kolegę z zespołu.

Niemieccy kibice niestety przegrali. Że w kibicowskich ustawkach nasi chłopcy zrewanżowali im się za wrzesień’39 – nie mam wątpliwości. Niektórzy Niemcy skandowali rasistowskie hasła. I dobrze im tak, bo ich Austriacy pozamykali. Polacy mogli sobie skandować co chcieli, i tak nikt ich tam nie rozumiał. Założę się, że za 4 lata role się odwrócą.

Naszych jednak też łapali...



Suplement

Żeby nie było. Nie mam nic do Niemców. Broń Boże. Śmieszy mnie to, że tak naprawdę nie chodziło w tym meczu o sport, tylko o dumę narodową i jakieś zaszłości. Nie będąc hipokrytą powinienem przyznać, że mi samemu pewnie też się to udzieliło.

Nie mam nic do Niemców. Trzeba umieć o wzajemnych relacjach powiedzieć to, co się o nich myśli. Nie można w imię jakiegoś paranoidalnego patriotyzmu dawać się ponieść niechęci ani w imię przesadnego pojednania omijać niewygodne tematy.

Nie mam nic do Niemców. Zbyt wielu wspaniałych Niemców poznałem, żeby móc powiedzieć o tym narodzie cokolwiek złego. Jeśli cokolwiek miałbym im do zarzucenia, to raczej ich brak świadomości, niż jakiekolwiek złe intencje. Nasza zachodnia granica topnieje. Kiedyś była zamrożona, potem runęła, teraz zalegają na niej resztki zlodowacenia, które za kilka lat, wraz z odejściem od głosu pewnych pokoleń, znikną zupełnie.

Drogi Klacz!

Jakiś czas temu odebrałem dość ciekawy list. Nadawca nosił imię Ildikó i... moje nazwisko. Mimo szczerych chęci niewiele z tego listu zrozumiałem. Może po prostu nie mam daru do języków. List wyglądał tak oto:
Kedves Marek!

Én sajnos már németül sem tudok igazán. Van aki lefordítsa neked a levelemet? Én annyit tudok a családomról, hogy az apai nagyapám Josef M. (1901-1967-ig élt) Ausztriából került Magyarországra. Én 1968-ban a halála után születtem és jelenleg is Budapesten élek. Édesapám nem sokat beszélt nagyapámról és a halála előtt tartotta csak a kapcsolatot Ausztriában, Neukirchenben lakó rokonsággal. Sajnos a címüket nem tudom. Viszont vannak régi képeim a 60-as évekből. Volt egy nagyon régi albumunk a M. famíliáról 1800-as években születettekről egészen az 1900-as évekig, megpróbálom megkeresni, talán meg van édesanyámnál. Emlékezetem szerintem a dédnagymamám neve Josefa M. Lugoson élt még egy rokon, akit
az osztrák család igen gyakran látogatott a 60-as években, de ő már akkor idős volt, valószínűleg már nem is él. Lehetséges, hogy dédnagyapai ágon valami rokonság lehet a családunk között, talán ha megtalálom a fotóalbumot okosabb leszek:-)

Bízom benne, hogy van aki lefordítsa neked a levelemet.

Czem prędzej, aby nie dać moim niecierpliwym palcom czasu na pokrycie się potem zaciekawienia, wyszukałem w sieci translator węgiersko-polski. Po wciśnięciu sakramentalnego "translate!" oczom moim ukazał się tekst zalatujący pijanym gombrowiczem...
Drogi Klacz!
Jestem ja nieszczęśliwie już Niemiec ani możesz rzeczywiście. Tu jest aki tłumaczyć pod kątem ty ten ulotka? Jestem ja wszystko ja znać ten mój rodzina , ów ten ojcowski dziadek Józef M. (1901- z ig była żywy Ausztriából biegać w Węgry. Jestem ja 1968- zakazać ten za jego śmierć byliśmy urodzony i w tej chwili także Budapeszt łuki. Édesapám nie dużo on ma mówiony nagyapámról i ten przed jego śmierć oni byliśmy utrzymanie tylko ten stosunki Ausztriában Neukirchenben dzierżawca pokrewieństwo. Nieszczęśliwie ten címüket ja don't znać. Jednakże tu są ongi képeim ten 60- równie w lata. Ono miał był jeden starodawny album ten M. famíliáról 1800- równie w lata születettekről całkowicie ten 1900- co do lata , szkic znajduje , staż więcej tu jest édesanyámnál. Pamiętny zgodnie z ten dédnagymamám jego wymienić Józef M. Lugoson była żywy jeszcze raz względny akit ten Austriacki rodzina tak często odwiedzony ten 60- równie w lata , oprócz ona jest już wtedy stary ono miał był , staż już nie także siła. Możliwy , ów dédnagyapai ágon coś pokrewieństwo mogą być ten rodzina pomiędzy , staż jeśli znajduje ten fotóalbumot inteligent obnaża : ) Wielka aglomeracja przedsiębiorstw w ono , jak jest on aki tłumaczyć pod kątem ty ten ulotka.

Oto właśnie zrozumiałem dlaczego ilekroć przedstawiałem się jakimś Węgrom, przez ich usta przewijało się przytłumione tąpnięcie śmiechu. Mam nadzieję, ze moje nazwisko nie tłumaczy się na np "tępa". Pocieszam się, że w swoich cierpieniach nie jestem sam. Jeszcze gorzej mają Agaty wybierające się do Rumunii. Otóż słowo "gata" znaczy tam podobno "napalona".
Aha, małe sprostowanie. Powyższy list to drugi z mojej korespondencji z węgierskimi krewniakami. Jak znajdę kiedyś ten pierwszy, też go wrzucę. Tamto tłumaczenie jest jeszcze lepsze
Drogi Klacz...

sobota, 7 czerwca 2008

Iluzje subiektywnie…

Znacie gdański zespół Illusion? Nie znacie. A to było tak…

Szliśmy sobie kiedyś, a było to naprawdę strasznie dawno temu, pewnie za czasów wczesnego AWS-u i Pięknego Mariana (nomen omen z Gdańska również), z kolegą przez Gdańsk właśnie, aż tu nagle… całkiem niechcący znaleźliśmy się na koncercie jakiejś kapeli. Nie wiedzieliśmy co to, kto to, po co i dlaczego. Pamiętam tylko, że na niewielkiej scenie podrygiwało kilku kolesi, którzy wyglądali na Skinheadów, mieli gitary prawdziwych death- albo heavymetalowców, grali po grunge’owemu, a śpiewali o miłości, pokoju i walce z przemocą, a do tego od czasu do czasu naśladowali rapujących czarnuchów z MTV, co było takim gigantycznym słodko-gorzko-kwaśnym kontrastem, że aż wyszło z tego coś genialnego. Zapamiętałem z tego koncertu (tylko) jedną piosenkę, której refren moja baza danych zarejestrowała tak oto: „jeśli ktoś gdzieś płacze, to być może płacze przez Ciebie, więc musisz naprawić to, co zepsułeś”. Podobał mi się zarówno ten tekst, jak i skrzętnie przycięta do niego melodyjka. Wtedy jednak byłem muzycznym analfabetą zdolnym jedynie do bezrefleksyjnego stwierdzenia, że coś w tym jest. Nie czekając na ostatnie bisy (oczywiście teraz doskonale wiem co się w tych bisach mogło pojawić) popędziłem do domu, by dalej słuchać zapewne Perfectu, Rolling Stonesów czy innych flanelowych hiciorów z czasów dzieciokwiecistych.

Oczywiście, bystry czytelniku, to był właśnie zespół illusion. Dotarło to do mnie, gdy spory czas później całkiem świadomie wsłuchiwałem się już w jego piosenki. Jedna brzmiała mi jakoś dziwnie znajomo: „to przez Ciebie może płacze ktoś, więc pokochaj go, pokochaj go”. A ja zamiast pokochać jakichś szlochających, zakochałem się w muzyce Illusion. A dopiero po dłuższym czasie zrozumiałem dlaczego. Aha, przy okazji srogie pozdro dla Marka M (a.k.a. Cieć), który mnie zaraził muzyką Illusion.

Przede wszystkim wypracowali własny styl będący przypadkowo złożeniem wszystkiego, czego wówczas słuchałem i czym się zachwycałem– grunge + trash metal + pacyfistyczne teksty – oraz sporadycznego hip-hopu, który wcale mi nie przeszkadzał nie będąc wszakże elementem powyższej listy. Do tego całkowita anty-komercja i to coś w głosie Tomka „Lipy” Lipnickiego – wokalisty kapeli i zarazem jej założyciela i autora tekstów. Lipa we wszystkim jest (a może był) okrutnie autentyczny. Jego teksty są proste, a jednocześnie refleksyjne i głębokie, a do tego uniwersalne. Zresztą posłuchajcie sami wspomnianej już piosenki „Cierń”.



a tutaj lepsza wersja audio

Stój! Cicho wołasz mnie
Stój! Bardzie, powiedz mi co sprawia, że
Każdy dzien spija tyle krwi
Wiem tyle co i ty
I kazdy ból czuję tak jak ty
I nawet ktoś mając setki lat
plakałby jak ja!
Każdy ma swoj cel i gniew
Każdy ma swoj ból
I kiedy kładziesz sie każdej nocy
Wyrwij jeden cierń
Spójrz co zrobiłeś dziś
I spal kazdy jeden bląd
I przez Ciebie moze płacze ktoś
wiec pokochaj go
Każdy ma swoj cierń...

Zawsze bardzo podobała mi się również piosenka „Choćby jęk” (słowa). Lipa popisuje się w niej głosem o olbrzymich możliwościach, choć pewnie mógłby się nim posługiwać bardziej profesjonalnie. Ale może bez swojej charakterystycznej maniery straciłby swoją autentyczność.





Albo piosenka B.T.S.(słowa) do posłuchania tutaj)
Słowa kłamcy sa najsłodsze ze słow
Lecz ty ich nie masz dość i on ich nie ma dość

Swoją drogą zastanawia mnie tytuł piosenki. Spośród wyszukanych przez Wikipedię nie znalazłem żadnego przekonującego. Moja wersja to „Better Than Sex”, ale pewnie się mylę.

Warto jeszcze wspomnieć o trasie koncertowej Bolilol Tour, z której wykoncypowano płytę o tej nazwie (aka Illusion 4). Nie wiem dokładnie gdzie odbywały się koncerty, które się na nią złożyły. Nie ważne. Ważne, że płyta ta oddaje ducha i nastrój koncertów Illusion. Niektóre odzywki nie są wyszukane, ale kilkuminutowe „skandowanie” przez setki czy tysiące gardeł hasła „pierdolę przemoc” tyle samo zadziwia, śmieszy, co i przejmuje.

Illusion grał, a myśmy go słuchali. Ale! Któregoś przykrego wieczoru siedziałem sobie w domu i słuchałem radiowej trójki. A ta, w osobie Marka Niedźwieckiego, zaprosiła mnie na… koncert pożegnalny gdańskiej formacji Tomka Lipnickiego. Koncert odbył się w Kwadracie jakiś już czas temu, bo w roku 1999, a ja do dziś nie mam bladego pojęcia dlaczego na nim nie byłem. I nie mogę sobie tego wybaczyć.

Wielkie nadzieje wiązano z nowym projektem Lipy (bo to przecież on był motorem zespołu), który nazywa się Lipali. Lipali to już jednak coś zupełnie innego. Stary illusion słuchany na trzecich kopiach kaset (przecież nikt nie miał wtedy nagrywarek), z rysowanymi przez nas odręcznie okładkami, Illusion, który śpiewało się gdzieś w nocy na plażach, który gdzieś się ciągle w Gdańsku pojawiał, to było przeżycie. I jeśli nawet muzycznie Lipali jest do niego zbliżony, to jakoś nowe szaty – profesjonalna grafika, teledyski, strona internetowa z możliwością kupna lipowej koszulki – niezbyt do niego pasują. Kilka razy próbowałem się do tego przekonać, ale wszystkie próby spaliły na panewce, bo jakoś nie byłem w stanie przesłuchać tych płyt. Chyba działa tutaj efekt Cobaina – coś, co się skończyło definitywnie smakuje nieprzeciętnie lepiej niż coś, co jeszcze trwa. Przykłady można mnożyć. A tutaj do obejrzenia jedyna piosenka Lipali, która jest tego warta:



A na sam koniec, żeby już Was nie zarzucać kolejnymi piosenkami, najpiękniejsza ballada starego dobrego Illusion - „Tylko”



Wyrzeźb sam w kamieniu swoją twarz
Pozostaw w skale ślad
I przytul się do serca matki swej
I słuchaj szumu drzew

Tylko zrozum to
Że ludzie płacza czystą krwią
Tylko zrozum to
Że to twoj los

Nie możesz być już ślepy jak każdy kret
Masz widzieć kazdy ból
I bijąc sercem w mur otworzyć drzwi
By słuchać szumu drzew

Tylko zrozum to
Że ludzie płacza czystą krwią
Tylko zrozum to
Że to twoj los

Tu znajdziecie wikipedyczną historię „Illusion”
A tu teksty piosenek

Głupawka 1.1

Wszystko się tu ostatnio popieprzyło
Wielu znanych się zzieleniało
Wielu po prostu zgniło
I tak naprawdę mało kto przeżył cało

Nie każdy wierzy w te nowości
Bo to przecież rzecz niebywała
Żeby Ziemia się tak nagle rozpłakała
Mimo spoczywającej na jej barkach odpowiedzialności

Toteż i nie dziwota
Ze Einstein na wieść o tym beczeniu
Nie poddając się nawet leczeniu
Bez słów dokonał żywota

Papież powiadają pełen premedytacji
Zanim stał się takim całkiem
Zielonym i małym ogarkiem
Podjął się nawet szaleńczej mediacji

Kant podobno uciekł z Królewca
Dał się ukrzyżować w szaleńczej gonitwie
Znaleźli go dopiero po latach na Litwie
Kiedy tak mocno dumał, że aż zleciał z drzewca

Chopina to wszystko zastało w akcie intymnym
Tak była biedaczka przejęta i rozpalona
Że zanim spostrzegła, twarz Mistrza była już całkiem zielona
A sam Chopin stał się kimś innym

Curie-Skłodowska w ostatnim liście
Prosi mnie, bym w tym pioruńskim potopie
Nie pisał głupich wierszy o katastrofie
A ja na to: „oczywiście, że napiszę, oczywiście

Editorial 2.1

Coś mnie tu męczy dręczy majaczy

W lustrze nie wyglądam cudownie

Ale nie o mój wygląd tu chodzi pijacko-pajęczy

Ale o skarby patrzenia i kąt widzenia

Męczy mnie fotel swym starczym

Myśleniem potwornym zwodzeniem

I tym trzaskiem góra wpół drogi do sedna

W ćwierć drogi do hurra!

Dręczą mnie wojenne cienie i okamgnienie

A przede wszystkim mnie dręczy

Gdy na falach tęczy ktoś krzyknie

I zniknie jak jedno skinienie

Majaczy mi wtedy prominentny motyl

postkomunista kartograf adwentysta

Roztacza mapę Europy

Jej wizję-hipokryzję

Coś mnie tu męczy dręczy majaczy

O skarby patrzenia tu chodzi o kąt widzenia

A może o szczekanie nocnych ujadaczy

O senność nieistnienia

Editorial 1.1

MójnowybloG
Stary znajdziecie tutaj