
czwartek, 12 czerwca 2008
Jacki
Chcieliśmy kiedyś z pewnym Pafciem (pozdro Pafcio!) wybudować pomnik Jacka Kaczmarskiego. Ale jakoś stwierdziliśmy, że dużo lepiej wyglądałby pomnik trzech Jacków - Kaczmarskiego i? Kogo - zapytacie... Drugim Jackiem niech będzie... Kuroń oczywiście!
O Kaczmarskim napiszę przy okazji, bo zajmie mi to pewnie z 5 postów.
A Kuroń to fajny ziomek był. Jakoś niedługo przed jego śmiercią przeczytałem książkę "PRL dla początkujących" (by Wydawnictwo Dolnośląskie, seria "A to Polska właśnie"), która jest niesamowitą pogawędką niesamowitego Kuronia i całkiem samowitego Żakowskiego (nomen omen Jacka również) i ta książka otworzyła mi oczy na całą olbrzymią epokę, którą naiwny czytelnik zaczyna rozumieć razem z naiwnym Kuroniem z lat 50 i potem coraz mniej naiwnym Kuroniem z lat następnych. Kuronia czyta się świetnie, a jak się go czyta, w uszach słyszy się jego charakterystyczny schorowany i przepalony głos i aż odgłos otwieranego termosu z herbatą. Widać też jego dżinsową koszulę.
Kto zna Kuronia, wie jak wielkim był człowiekiem. Nie będę przytaczał całej jego historii, bo tą znaleźć można ot choćby w necie. Kuroń miał w sobie coś niesamowitego, bo ciągle walcząc nie walczył przeciw komuś, ale dla kogoś. Wywodził się z rodziny PPS-owskiej. PPS-owska była cała przedwojenna nieziemiańska inteligencja, tacy też byli Kuroniowie. Kuroń najpierw wierzył w socjalizm i wcale z nim nie walczył. Zaczął się sprzeciwiać w momencie, gdy zaczęło się koło niego dziać niedobrze. Ale wcale nie występował przeciw socjalizmowi jako takiemu, a raczej przeciw jego formie zaimplementowanej przez PRL. Choć był człowiekiem niezwykle inteligentnym i wykształconym, zawsze dobrze czuł się wśród ludzi prostych. Tak naprawdę postulował dyktaturę... robotników. Kuroń był jakimś takim przeciwieństwem pisowskiej zadziorności i pamiętliwości. On czując się świetnie wśród robotników jest tak naprawdę o niebo ponad wszystkimi współczesnymi procesującymi się krzykaczami i bulterierami. Czemu o tych krzykaczach mówię? Ano przypomina mi się strasznie przykry odcinek programu Teraz My z udziałem (...- autocenzura) Wojciecha Wierzejskiego i Macieja Kuronia występującego w roli obrońcy szarganego przez elpeerowskich oszołomów nazwiska. Syn Jacka zachował się fenomenalnie. W czasie, kiedy wszyscy oglądający ten program kipieli i zielenieli, nie mogąc zdzierżyć potwarzy rzucanych przez Wierzejskiego, Maciek najzwyczajniej w świecie podał mu rękę na pożegnanie i powiedział, że wybacza te obelgi, bo tak postępować nauczył go ojciec. Nagrania nigdzie nie mogę znaleźć, znalazłem jedynie taki opis. Ale tak naprawdę trzeba było to wszystko obejrzeć, żeby zrozumieć z jakim trudem przyszłoby każdemu z nas zdobyć się na taki gest.
A teraz Jacka Kuronia miłość życia. Grażyna Kuroń, zwana Gają. Matka Maćka. Była jakością samą w sobie. Prześladowana, bita i nachodzona przez SB-ecję, była całkowicie niezniszczalna. Wciąż pełna życia. Razem z Jackiem dodawali sobie nawzajem energii. Aż w którymś momencie przegrała z chorobą płuc (leczył ją sam Edelman). Mogli razem z Jackiem wyjechać na leczenie za granicę. Ale nie złożyli broni.
Ośrodek Karta jest w posiadaniu ich listów z czasów więzień i internowania. Nie lubię się rozczulać, ale to jest naprawdę piękne. Te listy nawet nie wymagają tła historycznego, choć takie tło dodaje im jeszcze większego dramatyzmu. Wycinki tych listów zobaczyć można tutaj.
Przejęty jej młodym odejściem (miała 42 lata) Stanisław Barańczak napisał taki wiersz:
No to mamy dwóch Jacków, a co z tym trzecim? Jest jeden kandydat, ale niestety jaki by nie był, nie wiadomo czy zdoła dorównać pozostałej dwójce. A nazywa się on Kleyff. Był kiedyś takim Kaczmarskim, ale potem go Kaczmarski przerósł bezkompromisowością, głęboki tekstami, a także autentycznością swojego życia - iście ułańskiego, pijackiego i bardowskiego. Ale Kleyff Kaczmarskiego przeżył i nadal gra, śpiewa i komponuje. Występuje razem ze swoim zespołem Orkiestra na Zdrowie.
Niestety w sieci znajduje się niewiele sensownych nagrań Jacka i zespołu ONZ. Co do pomnika - Jacek Kleyff wciąż żyje i ma się dobrze. A pomniki stawia się raczej trupom...
Oto kilka próbek. (polecam najpierw wersje audio - są lepsze niż nagrania z Jutiuba)
Moja ulubiona piosenka z repertuaru Jacka KleyffaA ile
Najbardziej bodaj znana piosenka - huśtawki
Godna uwagi jest też Pierwszy List do Leonarda Cohena
a tutaj pozostałe kawałki
A teraz Jutiub:
***
Aha, skoro o Jackach - chwila ciszy dla mojego kolegi Jacka G., który dzisiaj obchodziłby 29 urodziny, gdyby nie zginął 2 tygodnie temu w nowozelandzkich górach...
O Kaczmarskim napiszę przy okazji, bo zajmie mi to pewnie z 5 postów.
A Kuroń to fajny ziomek był. Jakoś niedługo przed jego śmiercią przeczytałem książkę "PRL dla początkujących" (by Wydawnictwo Dolnośląskie, seria "A to Polska właśnie"), która jest niesamowitą pogawędką niesamowitego Kuronia i całkiem samowitego Żakowskiego (nomen omen Jacka również) i ta książka otworzyła mi oczy na całą olbrzymią epokę, którą naiwny czytelnik zaczyna rozumieć razem z naiwnym Kuroniem z lat 50 i potem coraz mniej naiwnym Kuroniem z lat następnych. Kuronia czyta się świetnie, a jak się go czyta, w uszach słyszy się jego charakterystyczny schorowany i przepalony głos i aż odgłos otwieranego termosu z herbatą. Widać też jego dżinsową koszulę.
Kto zna Kuronia, wie jak wielkim był człowiekiem. Nie będę przytaczał całej jego historii, bo tą znaleźć można ot choćby w necie. Kuroń miał w sobie coś niesamowitego, bo ciągle walcząc nie walczył przeciw komuś, ale dla kogoś. Wywodził się z rodziny PPS-owskiej. PPS-owska była cała przedwojenna nieziemiańska inteligencja, tacy też byli Kuroniowie. Kuroń najpierw wierzył w socjalizm i wcale z nim nie walczył. Zaczął się sprzeciwiać w momencie, gdy zaczęło się koło niego dziać niedobrze. Ale wcale nie występował przeciw socjalizmowi jako takiemu, a raczej przeciw jego formie zaimplementowanej przez PRL. Choć był człowiekiem niezwykle inteligentnym i wykształconym, zawsze dobrze czuł się wśród ludzi prostych. Tak naprawdę postulował dyktaturę... robotników. Kuroń był jakimś takim przeciwieństwem pisowskiej zadziorności i pamiętliwości. On czując się świetnie wśród robotników jest tak naprawdę o niebo ponad wszystkimi współczesnymi procesującymi się krzykaczami i bulterierami. Czemu o tych krzykaczach mówię? Ano przypomina mi się strasznie przykry odcinek programu Teraz My z udziałem (...- autocenzura) Wojciecha Wierzejskiego i Macieja Kuronia występującego w roli obrońcy szarganego przez elpeerowskich oszołomów nazwiska. Syn Jacka zachował się fenomenalnie. W czasie, kiedy wszyscy oglądający ten program kipieli i zielenieli, nie mogąc zdzierżyć potwarzy rzucanych przez Wierzejskiego, Maciek najzwyczajniej w świecie podał mu rękę na pożegnanie i powiedział, że wybacza te obelgi, bo tak postępować nauczył go ojciec. Nagrania nigdzie nie mogę znaleźć, znalazłem jedynie taki opis. Ale tak naprawdę trzeba było to wszystko obejrzeć, żeby zrozumieć z jakim trudem przyszłoby każdemu z nas zdobyć się na taki gest.
A teraz Jacka Kuronia miłość życia. Grażyna Kuroń, zwana Gają. Matka Maćka. Była jakością samą w sobie. Prześladowana, bita i nachodzona przez SB-ecję, była całkowicie niezniszczalna. Wciąż pełna życia. Razem z Jackiem dodawali sobie nawzajem energii. Aż w którymś momencie przegrała z chorobą płuc (leczył ją sam Edelman). Mogli razem z Jackiem wyjechać na leczenie za granicę. Ale nie złożyli broni.
Ośrodek Karta jest w posiadaniu ich listów z czasów więzień i internowania. Nie lubię się rozczulać, ale to jest naprawdę piękne. Te listy nawet nie wymagają tła historycznego, choć takie tło dodaje im jeszcze większego dramatyzmu. Wycinki tych listów zobaczyć można tutaj.
Przejęty jej młodym odejściem (miała 42 lata) Stanisław Barańczak napisał taki wiersz:
Grażynie
Pamiętać o papierosach. Żeby zawsze były pod ręką,
gotowe do wsunięcia w kieszeń, gdy znowu go zabierają.
Znać na pamięć przepisy dotyczące paczek i widzeń.
Sztukę zmuszania mięśni twarzy do uśmiechu.
Jednym chłodnym spojrzeniem gasić wrzask policjanta,
zaparzać spokojnie herbatę, gdy oni bebeszą szuflady.
Z obozu albo szpitala słać listy, że wszystko w porządku.
Tyle umiejętności, taka perfekcja. Mówię poważnie.
Chociażby po to, aby się nie zmarnowały,
nagrodą za to wszystko powinna być nieśmiertelność,
a już co najmniej jej wybrakowana wersja, życie.
No to mamy dwóch Jacków, a co z tym trzecim? Jest jeden kandydat, ale niestety jaki by nie był, nie wiadomo czy zdoła dorównać pozostałej dwójce. A nazywa się on Kleyff. Był kiedyś takim Kaczmarskim, ale potem go Kaczmarski przerósł bezkompromisowością, głęboki tekstami, a także autentycznością swojego życia - iście ułańskiego, pijackiego i bardowskiego. Ale Kleyff Kaczmarskiego przeżył i nadal gra, śpiewa i komponuje. Występuje razem ze swoim zespołem Orkiestra na Zdrowie.
Niestety w sieci znajduje się niewiele sensownych nagrań Jacka i zespołu ONZ. Co do pomnika - Jacek Kleyff wciąż żyje i ma się dobrze. A pomniki stawia się raczej trupom...
Oto kilka próbek. (polecam najpierw wersje audio - są lepsze niż nagrania z Jutiuba)
Moja ulubiona piosenka z repertuaru Jacka KleyffaA ile
Najbardziej bodaj znana piosenka - huśtawki
Godna uwagi jest też Pierwszy List do Leonarda Cohena
a tutaj pozostałe kawałki
A teraz Jutiub:
***
Aha, skoro o Jackach - chwila ciszy dla mojego kolegi Jacka G., który dzisiaj obchodziłby 29 urodziny, gdyby nie zginął 2 tygodnie temu w nowozelandzkich górach...
Subskrybuj:
Posty (Atom)