wtorek, 27 października 2009

I tak

I tak wiem będę żałował
lecz z nienawiści do róży szminek romansów
pyrrusowych zwycięstw i własnych przekonań
konam i idę
idę i konam

i tak owiany tajemnicą wielkiej przekory
podchmielony testosteronem
zgrzany rozbudzony libidem ośmielony
niby nic, spokojnie buduję napięcie
śmieszne, jakieś déjà vu
umyślnie sobie zaniemówiłem

i tak znam te oczy mrugnięcia
jedwabne muśnięcia
alfabet cały język koniugacje
logiczną nielogiczność
lakoniczną nielakoniczność

i tak dumni my dudnimy wzajemnym zrozumieniem
pomni walki przodków z ogniem i cieniem
wbrew powszechnej modzie bez zbędnych formalności
ledwośmy się jako tako zlustrowali
nie za wielcyśmy i nie za mali

i tak smagając poezję w myśl tańca płomieni
dajemy światu dowód
że choć płyniemy marzeniami
że choć w nas bogów korowód
to nic tu się nie zmieni
że jak byliśmy tak nadal gdzieś tam będziemy
tylko zwierzętami

środa, 24 czerwca 2009

Dzień Kawalerski Andrzeja

Pobudka Kawalerska



Dzień Kawalerski



Wieczór Kawalerski



A więc stało się! Andrzej stracony. Zdjęcia i filmy z wesela "się organizują", czyli spływają do nas szerokim strumieniem i proszą o audiencję, a Ci, którzy przejdą proces rekrutacyjny dostaną zatrudnienie na stronie internetowej, która również "się organizuje". Tymczasem udało mi się wreszcie uporządkować ostatnie przebłyski wolności mojego brata. Przy okazji jeszcze raz ogromne podziękowania dla wszystkich panów, a szczególne:

Jurek (Kozak, Anioł Stróż, transport, koncepcje)
Michał (zdjęcia, video, pomysły)
Głowa (ustalanie trasy, negocjacje z personelem "Kawalerki")
Karol (ustalanie trasy, algorytmy)
Stasiu (pobudka, śpiew)
Darek i Andrzej (ognisko)
Maciek i jego milczący kolega (spotkania organizacyjne, obstawianie "szkoły dla artystów")
Rower Andrzeja (cierpliwość mimo rozczłonkowania)

i wszyscy niewymienieni z imienia

czwartek, 29 stycznia 2009

Kryzysowy narzeczony

Nie pisałem, bo co będę pisał głupoty. Skoro więc piszę, przypuszczać można, że mam coś ciekawego do powiedzenia. Czy tutaj nastąpi pierwsze rozczarowanie, tego nie wiem, ale tak czy siak trzymajcie kciuki za dalszy rozwój sączącego się tutaj strumyka słów, nie zapominając przy tym, że poziom rozczarowania rośnie wykładniczo wraz ze wzrostem oczekiwań, z czego czarno na białym wynika, że nie warto spodziewać się zbyt wiele po blogu, tak jak zbyt wiele żądać od życia. A kto nie ma, tego przynajmniej nie okradną i basta! Enyłej, dokonałem paru niskobudżetowych na miarę kryzysu odkryć i popełniłem parę darmowych spostrzeżeń, które zamierzam tutaj troszkę rozproliferować w tym i w następnych wynurzeniach. Świadomie nie mieszam ich z tymi o tematyce francuskiej, bo te zaserwuję w innym daniu, może nieco odgrzewane, niemniej jednak postaram się, żeby były przynajmniej letnie.

Co łączy Marcinkiewicza, niemieckich oprawców Jana Rokity, talibów z Pakistanu i kryzys gospodarczy?

(pauza refleksyjna)

(jeszcze chwilka)

(zgoda, tłumaczę)
Medialny szum. Otóż wszyscy oni karmią się medialnym szumem, tą niedoskonałością systemu czwartej władzy, na którą - tę niedoskonałość - nikt nie zna żadnego sensownego rozwiązania. Gdyby system media=> społeczeństwo był idealny, wiadomości byłyby serią danych statystycznych, dzięki którym na bieżąco ocenialibyśmy prace rządzących oraz alternatywne projekty opozycji i bez jakichkolwiek emocji ocenialibyśmy wydarzenia światowe, zaś życiem osobistym polityków nie interesowalibyśmy się wcale, no może z wyjątkiem nagłych śmierci, które wymagałyby przeprowadzenia kolejnych wyborów. A jednak jesteśmy tylko ludźmi, lubimy dać się czasem postraszyć kryzysem, czasem dowiedzieć się co słychać w ich prywatnym życiu, a czasem - mimo, że przecież jesteśmy ludzi na poziomie i brzydzimy się plotek - dowiedzieć się o jakimś skandaliku.

Żeby oszczędzić Twojej zmęczonej kolejnymi kryzysowymi sensacjami głowie zbyt długiego lewitowania na orbicie ogólników, pozwolę sobie wybrać z powyższej metafory część składową. Wystąpi Kazio Marcinkiewicz. Pewnie dlatego, że dla niego medialna pożywka kończy się najgorzej, zaś pozostali aktorzy trzymają się jeszcze nieźle. O wybrykach Kazia nie będę się zbytnio rozpisywał, bo jest to na tyle żałosne, że chyba nie wymaga komentarza, a jeśli wymaga, to proszę, tędy.

Zazwyczaj folklor polityki, a do tego gatunku muzycznego zaliczam informacje o prywatnych rozterkach polityków, uważam za niegodny jakiegokolwiek zainteresowania opinii publicznej. Tak było z wanną Wassermanna, psem Sabą i problemami w małżeństwie Tusków, że o świętej pamięci teściu pani premierowej nie wspomnę. Jestem chronicznie uczulony na męski kryzys wieku średniego. Bo on jest właśnie całkiem niemęski. Prawdziwa męskość polega na konsekwencji. Świat zna niezliczone przypadki wymiany wysłużonej żony na nową żonę, przypominają mi się takie nazwiska jak Pavarotti czy Havel. Niestety w przypadku Kazia Marcinkiewicza jest diametralnie inaczej. Bo oto stary, zatwardziały, gruboskórny zetchaenowiec jednym cięciem przecina cienką - jak się okazuję - tkankę swojego politycznego jestestwa i jeszcze z niewyrafinowanym spojrzeniem udaje, że nic się nie stało. To tak, jakby Włodzimierz Iljicz w chwilę po płomiennym, komunistycznym spiczu sprywatyzował cały przemysł, Hugo Chavez nagle stwierdził, że jada tylko w makdonaldzie, a duet fabularno-historyczny Cenckiewicz-Gontarczyk napisał wiernopoddańczą odę ku czci Lecha Wałęsy i to pod patronatem Kancelarii Prezydenta. No więc właśnie Marcinkiewicz jest tą szkapą, co to zawsze mówili, że być może jest brzydka, wolna i cała pokurczona, ale co jak co, zawsze dojdzie do celu - a ona właśnie pada po przejściu dziesięciu metrów. Jedynym marcinkiewiczowym atutem była jego uczciwość, pokora, wiara w instytucję rodziny, prawdomówność. Takiemu Vaclavowi czy innemu Luciano wiele można wybaczyć. Ale Kazimierz może dalej pisać swojego bloga i marzyć o wielkiej karierze, ale politycznie jest skończony. Może zresztą i dobrze, bo jego niesłabnąca popularność była nam potrzebna chyba tylko jako argument potwierdzający regułę o umiarkowanym rozsądku wyborcy.

Kazia nigdy nie miałem za zbyt sprytnego. Więcej, uważałem go za wręcz politycznie ograniczonego. Zafascynowała mnie w nim jednak jego niczym nie zawiniona opinia dobrego premiera. Czemu taki dobry? Bo uczciwy! No to ja też mogę być premierem, nic nie ukradłem, z początkiem każdego roku wykupuję dwunastomiesięczny abonament na czyste sumienie - taka czerwona naklejka w kształcie serca, ustępuję miejsca staruszkom. I w ogóle potrafię mówić takim prostym językiem. Ale - naszło mnie kiedyś za czasów głębokiego PiSu - ten naiwniak musi się zgrywać. On po prostu udaje frajera, czai się i szykuje do Wielkiego Szlemu. W którymś momencie odstawi mecenasa Jarosława. Gdy tracił posadę premiera (bo Jaro zapragnął przesiąść się z tylnego siedzenia za kółko) przy 70% poparcia mógł tak naprawdę przejąć kontrolę nad całą partią, zerwać kontrakt, jak to w odpowiednim momencie zrobił Gates z ajbiemem, wyczuć to swoje 5 minut i pokazać pazury. Nadzieje płonne. To może chce w Anglii przeczekać najgorszą burzę? Wróci z wielkim impetem, spokojnie, pomału, żeby nie wyjść na przemalowańca, będzie przchodził z PiSu do PO i po tej mniej obciachowej stronie barykady odegra się za wyrugowanie z premierowskiego poletka? Rzeczywiście, wiele mogło na to wskazywać. Ale zamiast wielkiego polityka mamy narzeczonego z czasów kryzysu. Kryzysowego narzeczonego. Po głowie chodzą mi na przemian dwa komentarze muzyczne.

1. T.Raperzy - Maxi KazT-Raperzy - Maxi Kaz
(...)Choć głośno o mnie w Warszawie
Pozwólcie że się przedstawię
Kazik mi na imię dali, w skrócie Kaz
W Ciechocinku mam mieszkanie
Tu przyjezdne bawię panie
Umilając im sanatoryjny czas

W okolicy z tego słynę
Że gdy spojrzę na dziewczynę
Zanim zacznę grać to ona mówi pas
Może właśnie wiec dlatego
Wszystkie damy mój kolego
Już po randce mówią na mnie Maxi Kaz (...)

2. Lady Pank - Kryzysowa narzeczona Lady Pank - Kryzysowa narzeczona

Mogłaś moją być
Kryzysową narzeczoną
Razem ze mną pić
To, co nam tu naważono
Mogłaś moją być
Przy zgłuszonym odbiorniku
Aż po blady świt
Słuchać nowin i uderzać w gaz
Nie jeden raz
Nie jeden raz
Nie jeden raz

Mogłaś być już na dnie
A nie byłaś
Nigdy nie dowiesz się
Co straciłaś

Mogłaś moją być
Kryzysową narzeczoną
Pomalutku żyć
Tak jak nam tu naznaczono
Mogłaś moją być
Jakoś ze mną przebiedować
Zamiast życzyć mi
Na pocztówce nie wiadomo skąd
Wesołych świąt
Wesołych świąt
Wesołych świąt

Mogłaś być już na dnie...


Pozostaje mieć tylko nadzieję, że inne medialne rewelacje - tak jak kiedyś rewolucje - pozjadają swoje dzieci. Szkoda tylko, że kryzys gospodarczy raczej nie przepadnie tak szybko, jak premier Marcinkiewicz.

* * *
Niedaleko Trafalgar Square miałem okazję się przedstawić grupie dwudziestokilkuletnich dziewczyn. Mówiłem im, że mam czterdzieści trzy lata. One na to, że chyba trzydzieści cztery. Nie, nie, czterdzieści trzy - musiałem zaprzeczać. Zapamiętam tę chwilę do końca życia. Coś pięknego. Takie młode dziewczyny!"
K. Marcinkiewicz

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Pożegnanie Homera

Rytmiczny Homer cziki cziki ta
wysiadł ze swojego Air Force One
siwym głosem przestępując z nogi na głowę
podrapał się po swej barczystej brodzie
Cziki cziki ta

Spojrzał w stronę naszej kamery
niby próżna w zwierciadło, ciut beznamiętnie
podniósł rękę i wodził
my zegarek zegarek my

Jął oblegać nas ciszą
gdy nastała, pomlaskał acz bez skomlenia
nadymał skronie, nabrał powietrza
i z wyraźną premedytacją rzekomo ustępującej ulewy lunął

Zdrajcy semantyki!
(jakby to nam brakowało realizmu)
Nie nosić! płodzić!
Wozić, nie przewodzić!

Ale… - próbujemy
Fiku miku! – uciął
i znów łechtał powietrze mlaskami
wydaliśmy z siebie gromką ciszę

Wstałem podmuchem odwagi
zapnijże rozporek, poprawże kołnierz - wypalam
A on nic, kamień, tylko piosenkę sączy
przez złote zęby i spode łba

Postoję tak jeszcze chwilkę cziki cziki ta
do końca tej książki w prążki
a potem z jej stron się wytnie dobitnie
bombowe samolociki cziki cziki ta

czwartek, 16 października 2008

Pewien noblista

Do pewnego okupowanego miasta, jakoś na samym początku wojny, powrócił pewien 28 letni wówczas intelektualista i napisał dla pewnej gazety pewien wiersz o pewnym człowieku i pewnej organizacji, który to wiersz uszedł uwadze pewnych cenzorów, a potem ktoś go nawet nagrodził nagrodą imienia pewnego pana na s. Uważnej lektury...



Czesław Miłosz, Wilno 1939
hint: czytaj całe linijki.

sobota, 11 października 2008

Wielka fala co podrywa i zniewala - cz.1

Całe dwadzieścia trzy lata swojego nonszalanckiego intelektualnie życia przebimbałem w słodkim przekonaniu, że co jak co, ale falę to w Polsce mamy największą. A tu się okazuje, że ot tacy oportuniści Francuzi, którzy nie raczyli nawet podnieść swoich szanownych czterech francuskich liter, gdy nam brakło ziemi na mogiły, bo chować sól ziemi..., że tacy Francuzi mają nie tylko szybszą kolej, (lepsze) autostrady, wyższe PKB, piękniejsze góry, ładniejsze plaże, fajniejszych sąsiadów etc., to jeszcze zupełnie niezasłużenie mają lepszą falę, mimo że nasi chłopcy bardzo ciężko na naszą falę pracują...

Ale po kolei. Więc było to tak (bociana dziobał szpak, a potem była zmiana i szpak dziobał bociana; potem były jeszcze dwie takie zmiany; ile razy szpak był dziobany?) Więc było to tak. Ustaliliśmy z pewnym Jankiem, że ruszymy się gdzieś dalej. I to tym razem nie nad morze (tfu, ocean). Ale jak tu nie pojechać nad ocean, jeśli Jahwe uraczył nas środkiem lata na początku jesieni. No więc ocean. Całkiem nieświadomie zorganizowała się grupa dwudziestu osób również łaknących sposobności, by w cynicznym uniesieniu porozsyłać zmiarzniętym znajomym zdjęcia gorącej październikowej plaży (chyba jedynie Greczynkom ciężko postawić taki zarzut). I tak pojechaliśmy do Lacanau

Słów parę o francuskiej oceanicznej plaży. Każda plaża jest inna, ale wyodrębnić można pewne cechy wspólne wszystkich francuskich plaż. Otóż plaża zaczyna się tam, gdzie pobliska miejscowość wytyczyła sobie główny zapiaszczony deptak wdzierający się w piasek. Rozejrzyjmy się teraz dookoła. Po jednej i drugiej stronie aż roi się od ludzi. Spokojnie, jest dopiero jedenasta. O 14 dopiero zacznie się oblężenie (aż kusi, żeby ukąsić jakimś tandetnym przytykiem historycznym, ale stanę ponad tym i zaniecham). Schodzimy na piasek i zdejmujemy buty, dzięki czemu rozkoszujemy się przecudnym mięciutkim piaseczkiem, chwalonym przez wszystkich za jego sypkość (a jaki do diabła ma być piasek, jeśli nie sypki?) i maciupeńkie ziarenka i nikt mi nie chce wierzyć, że jest fenomenalnie identyczny z naszym swojskim bałtyckim. Ale na tym koniec podobieństw. Posuwamy się kawałek dalej. Po króciutkim marszu, który nie objął nawet 5% dystansu, jaki obejmujemy wzrokiem odczuwamy wyraźny spadek zaludnienia. Znajdujemy sobie przytulne miejsce i możemy zainteresować się falami.

A jest czym się interesować. Fale, które widzimy mają na moje poczwórne oko wysokość 3-3,5 metrów. Załamują się, czy to ze względu na ukształtowanie dna, czy może fatalną grę surferów (o tym później), w odległości jakichś 50 - 100 metrów od brzegu, po czym wzbierają jeszcze raz i - już z mniejszym wigorem (pozdrawiam pana Prezydenta!) - nabierają impetu, by szczytując z fenomenalnym grzmotem efektownie dokonać żywota i momentalnie zrobić miejsce dla swoich następczyń. Prawdziwy mężczyzna, czyli taki, w którym jest więcej jest dziecka niż dorosłego, czuje podskórnie, że z taką falą należy walczyć.

Walczyć można na wiele sposobów, spośród których najpopularniejsze są takie:
- "na Małysza" - to dla dziewczyn, stoi się w wodzie gdzieś do kolan, czyli tuż przy brzegu, i przeskakuje się główną grań resztek przeciwnika, które docierają do tego miejsca; trzeba się dobrze wybić; ale uwaga! nawet taki przeciwnik z łatwością może nas przewrócić
- "himan" - stoisz w wodzie gdzieś do pasa i próbujesz się utrzymać w miejscu; rzadko się to udaje; częściej przeciwnik cię przykryje albo podniesie
- "na klatę" stoisz głębiej przodem do fali; rzucasz się na nią, a potem przez długi czas nie wiesz co się z Tobą dzieje; w końcu odnajdujesz się w zupełnie innym miejscu, z dużą ilością szczypiącej słonej wody w nosie i buzi oraz z piaskiem we włosach.
- "Krzyżak" - w zasadzie wygląda tak samo jak wersja powyższa, ale falę przyjmujesz na placy, przy czym w momencie uderzenia uderzasz szeroko rozstawionymi ramionami w przeciwnika; uwaga, czasem bolą plecy albo nerki, jeśli przeciwnik jest wredny; masz przy tej metodzie jeszcze mniejszy wpływ na to co dzieje się z Tobą przez pierwszą minutę po uderzeniu i jednocześnie masz w sobie mniej piasku i słonej wody.
- "skok na główkę" - wydaje się najbardziej niebezpieczną metodą, a tak naprawdę jest najbezpieczniejszy; Skaczesz prosto w przeciwnika, na co on zupełnie nie jest przygotowany. Wbijasz się w niego, po czym albo się przez niego przebijasz i tylko widzisz kątem oka, jak rozbija się haniebnie o brzeg albo też następuje to, co przy dwóch poprzednich sposobach, czyli przez dobrych parę chwil nie wiesz co się z Tobą dzieje, widzisz tylko wodę i swoje bezwładne kończyny przelatujące przez ekran, po czym lądujesz parę metrów dalej w pozycji drastycznie innej, niż przyjęta w ogólnoludzkich normach.

Podobno dużo jest utonięć. To chyba za sprawą surferów, których jest tam na pęczki, ale są strasznie nieudolni i w niczym nie przypominają tych ze słonecznego patrolu, może zresztą i dobrze. Śmiesznie to wygląda, gdy świetnie uzbrojeni maczosi stoją sobie w obcisłych kombinezonach, a gdy tylko widzą jakąś ładną, skąpo ubraną panią, nagle się zrywają (że niby właśnie widzą godną sobie falę, bo dotychczas to same siksy przychodziły), wbiegają wręcz na tą falę, podpływają... ona jest coraz bliżej, zaraz będzie uderzenie, chłopaki już się po niej ślizgają, już powoli się podnoszą (bo dotychczas leżeli na deskach brzuchem), już powoli stają i... ona ich zwyczajnie przykrywa i pokonuje. Polowałem na dobre ujęcie chyba z godzinę i z bandy rozbitków wyłowiłem góra cztery przebłyski prawdziwego surfowania. Jedyne co udaje się tym surferom to bycie zagrożeniem "wpławerów". Zupełnie przypominało mi to konflikt narciarzy i deskarzy. Czułem taką wysublimowaną narciarską wyższość, jak nad snowboardem, przy jednoczesnej bezradności i bezbronności przed ich absolutnym brakiem kontroli nad swoimi ruchami i olbrzymią inercją, a także parytetem siły. Ja wolę pływać w wodzie bez deski, a surfować po internecie.

C.D.N.

środa, 8 października 2008

Rzuć palenie!



Śmiać się? Płakać?

wtorek, 7 października 2008

Bordeaux spostrzeżenia, cz 1.

Po ponad 3 tygodniach spędzonych we Francji popełniłem pewne spostrzeżenia, pośród których przynajmniej część okaże się bardzo naiwna, z innych pewnie za jakiś czas się wycofam, a jeszcze inne zabrzmią bardzo stereotypiarsko, więc to raczej szkic do stwierdzeń, których będę gotów kiedyś bronić. Zaznaczam, że dotyczą one Bordeaux i być może nie znajdują potwierdzenia w innych rejonach Francji.

Ą-Ę i MUB

"Ą - Ę przez bibułkę". To nie tutaj. Kobiet nie puszcza się tu przodem, ani też nie pomaga się im, nawet gdy tego bardzo potrzebują. Nie ma taryfy ulgowej. Obserwuję: udzie chłopak z dziewczyną. Upadła jej torba. Musiała torbę podnieść, a przecież niosła jeszcze dwie inne. Mocno się biedaczka nagimnastykowała. Chłopak się nie gimnastykował, mimo że miał wolne ręce. Obserwuję: inna dziewczyna jechała z grupą swoich francuskich kolegów. Wypadł jej z torebki telefon i ktoś jej go podniósł. Kto? Stojący parę metrów dalej Słowak. Jak Francuzi strasznie nie dbają o swoje kobiety! A przecież mają o kogo dbać! Masakra.

MUB są wyrazem tego jak bardzo rzeczeni nie dbają również i o starszych ludzi. Małe Upierdliwe Babcie, bo o nich mowa, są niegroźne. Niegroźne dopóki nie wyświadczy się im choćby najdrobniejszej przysługi.

dygresja: Ludzie mają tu bzika na punkcie uprzejmości. Nie jest ona może taka sztuczna jak w Wielkiej Brytanii, niemniej jednak troszkę drażni mój słowiański dystans do obcych i słowiańską oszczędność czynioną na miłych słowach. Słyszę kilkadziesiąt merci dziennie, przy czym często naprawdę nie wiem za co, chyba za to, że kogoś nie popchnąłem (a mogłem) albo nie wymierzyłem srogiego kopniaka (a taka była okazja).

Wróćmy do babć. Przedsmak tego na czym polega MUB zaserwowano mi w tramwaju. Jechał sobie jakiś Nigeryjczyk, a nad nim łypała przyczajona do ataku babcia. W którymś momencie chłopak wstał i powiedział "proszę sobie usiąść". W tym momencie babcia automatycznie włączyła tryb "merci", załączyła napęd na 4 koła i uruchomiła turbo. Zachowała się jakby jej syn dostał właśnie nagrodę Nobla, która mu się należała (jak Wolszczanowi) od wielu lat, a córkę właśnie uwolnili pakistańscy porywacze. Zaczął się potok podziękowań i wdzięczności, której nie przeszkadzał nawet fakt, że chłopak udał się wprost do drzwi wyjściowych. To dało mi dużo do myślenia. Innym razem sam ustąpiłem takiej babci. Wprawdzie przeczuwałem, że robię źle, jednak w najgęstszych obłokach morfeusza nie przypuszczałem, że spotka mnie za to aż taka kara. Babcia była wniebowzięta. Chciała mnie od razu zaprosić do siebie na herbatkę, zapoznać mnie ze wszystkimi swoimi kotami i jeszcze ugotować obiad. Potem jeszcze raz ustąpiłem jednej babuszce miejsca. Tym razem nie dałem jej nawet szans na podziękowania. Wysiadłem natychmiast z tramwaju i poczekałem na następny. Nie dziwię się, że tutaj nie ustępuje się miejsca starszym ludziom.

Miłość jest ślepa, czyli pulpety w gębie

Konkretnie miłość do języka francuskiego. Bo to w moim przypadku miłość całkowicie nieodwzajemniona. Czasem, gdy ktoś mówi wyraźnie, rozumiem wszystko. A czasem ludzie tutaj wsadzają sobie do buzi pulpety, a w każdym razie tak to brzmi. Tragedia. Raz rozmawiałem z jakimś lokalnym panem dozorcą akademika, którego natura obdarzyła nie tylko pulpetami w gębie, ale także wadą wymowy. Z jego pięciominutowego monologu nie zrozumiałem dosłownie nic. Zacząłem się zastanawiać, czy on czasem nie jest jakimś obcokrajowcem. Ale nie. W ogóle Francuzi wiedzą doskonale, kiedy mówią zrozumiale, a kiedy powinni troszkę zwolnić i postarać się o dokładniejsze wymawianie poszczególnych słów i zrezygnować z niektórych kolokwializmów. Ale tego często nie robią. Mam często wrażenie, że to wszystko jest celowe, na zasadzie "chcą skumać, to niech się dobrze nauczą języka, ja się nie będę specjalnie starał". Dobra, może to tylko wrażenie.

Poplątanie języków


Wciąż o językach. Ciekawe zjawiska zaobserwowałem, gdy razem z kolegą Jankiem zapisaliśmy się na zajęcia z niemieckiego. Niemiecki po francusku? Ciekawe połączenie. Ponadto - skoro niektóre fragmenty lekcji rozumiałem ja, a niektóre Janek - często pomagaliśmy sobie po polsku. Zrobiły się z tego trzy języki. Z jednej strony chciałoby się powiedzieć "o 2 za dużo". A z drugiej strony ta lekcja byłą ciekawym doświadczeniem, wymagała naprawdę niezłej koncentracji. W takiej sytuacji naprawdę dużo się odkrywa, również w swoim języku, choć jednocześnie jest to całkiem męczące.

Przy okazji wydało się jeszcze parę ciekawostek. Najbardziej uderzyła mnie oporowość, jeśli nie ułomność Francuzów do nauki języków obcych. Ja zapytany o długość nauki języka naszych wspólnych (Polaków i Francuzów) sąsiadów, oszacowałem ją na rok (no bo nie będę przecież tłumaczył, że mieszkałem w Niemczech, ale to było tak dawno, że najstarsi piwosze bawarscy nie pamiętają, kiedy to było) mimo, że tak naprawdę Polak nauczyłby się tego w pół roku albo i szybciej. I mniej więcej mój poziom odpowiada średniej w grupie. Tylko, że średnia tej grupy wynosi 7 lat nauki z wartościami maksymalną i minimalną odpowiednio 11 i 6 lat! Jedna dziewczyna po sześciu latach nauki nie rozumiała pytania "jak długo uczysz się niemieckiego" (a przed nią na to samo pytanie odpowiadała po kolei cała grupa, więc nawet z kontekstu można się było skumać). Teraz zaczynam rozumieć czemu tu się nie można dogadać po nie-francusku.

Nie mniej ciekawa była reakcja grupy na to, że jesteśmy z Polski. "No to jak jesteście z Polski, na pewno świetnie mówicie po niemiecku". Postarałem się ten temat troszkę podrążyć. I znalazłem 3 rozwinięcia tego stwierdzenia, spośród których chyba wszystkie są po trochu prawdziwe (wg Francuzów):
- jesteście Polakami, a wszyscy Polacy uczą się niemieckiego, bo przecież to Wasz ważny sąsiad,
- jesteście Polakami, czyli nie macie takiego antytalentu do języków, jak my,
(a teraz najlepsze:)
- jesteście Polakami, a to znaczy, że [sic!] Wasz język jest podobny do niemieckiego.
To dość powszechny pogląd, z którym spotkałem się tu kilka razy. Pierwsze wrażenie: O Boże, co za brednia! Ale w zasadzie cień prawdy w tym jest, a przynajmniej rozumiem skąd się taki pogląd mógł wziąć. Otóż tutaj zna się dużo Polaków, bo Polaków we Francji jest całkiem sporo. I wie się, że Polacy często mówią po niemiecku. Obydwa języki są dla Francuzów dość podobne pod tym względem, że mówi się to, co się pisze. Obydwa są wyraźnie inne od angielskiego, hiszpańskiego, włoskiego czy portugalskiego, a więc języków bądź co bądź łatwiej przyswajalnych dla przeciętnego zjadacza bagietki. No a poza tym, o czym Francuzi z pewnością nie wiedzą, mamy w swoim języku bardzo dużo zapożyczeń od Niemców (oni mają dużo mniej polskich). Niemniej tak czy siak, żeby nie było - pogląd o podobieństwie polskiego i niemieckiego to wierutna bzdura i zarazem przejaw ignorancji.

Wróćmy do języka francuskiego. Na jednej z "posiadówek" studentów przyjezdnych, czyli Erasmusów, wyjątkowo dała mi się we znaki słaba znajomość francuskiego. Przyznać muszę, że niezmiernie irytuje mnie, gdy mam na jakiś temat dużo do powiedzenia, a nie dość, że nie mogę powiedzieć tego, co bym chciał, to na dodatek wychodzę na ignoranta albo kogoś, kto nie ma wcale poglądów. Nie lepiej jest, gdy próbuję zażartować, a żart ów ma bardzo krótką datę ważności. Króciusieńką. Zazwyczaj w takiej sytuacji działa swoista, lingwistyczna wersja prawa Murphiego (jeśli zastanawiasz się jak coś sformułować najlepiej, tak, żeby wszyscy zrozumieli i rozważasz jedną z kilku wersji sformułowań, to na pewno wybierzesz takie, którego nikt nie zrozumie). Wówczas zabieram się za tłumaczenie, ale jednocześnie wiem, że oto właśnie żart się przeterminował, jest już zepsuty i nie nadaje się do spożycia. A jednocześnie zabrnąłem już tak daleko, że nie mogę zrobić odwrotu. Czuję się, jakbym na oczach wszystkich swoich słuchaczy położył na patelni stary, porośnięty zielono-białym puchem schabowy i uśmiechając się zapewniał, że będzie im smakowało. Szlag mnie trafia! Tego wieczoru wszystko to miało miejsce po wielokroć. A na sam koniec dowiedziałem się, że Włoszka, która mówi po francusku całkiem dobrze, a z pewnością lepiej niż ja, uczy się go od 3... miesięcy. Kur.....mać!

Potem się pocieszyłem. Gdy nasz region Europy kiedyś przestanie być tym biedniejszym bratem albo przynajmniej zacznie bardziej się liczyć, i to nie tylko jako region do robienia interesów, ale i jako region wart zainteresowania, zwiedzenia i zasmakowania, coraz więcej osób z Zachodu zacznie odkrywać nasze kraje i uczyć się języków słowiańskich. Wówczas to my będziemy górą, po trzech miesiącach nauki dajmy na to serbsko-chorwackiego będziemy wymiatać lepiej niż Francuz, który uczy się tego języka od lat ośmiu (tak, ośmiu...). W każdym razie na pewno łatwiej nam nauczyć się języka zachodniego niż im języka wschodniego. A przecież my już znamy przynajmniej po 2 zachodnie języki.

Ładni ludzie

We Francji ludzie są jacyś tacy odrobinę ładniejsi. Dotyczy to zarówno urody jako takiej, jak i umiejętnego jej wykorzystania (nie oszpecenia) za pomocą artefaktów w postaci poszycia zewnętrznego, malowania, kamuflażu i dodatkowych uzbrojeń, których w przerażającej ich większości nie umiałbym nawet nazwać.

Uroda. Daleki jestem od wychwalania urody Francuzek i absolutnie nie podejmę się porównywania ich z Polkami, bo jedne i drugie są raczej ładne. Niemniej jednak, co brzmi zupełnie absurdalnie i jest poglądem cokolwiek ekscentrycznym, w ogóle wszyscy ludzie tutaj są jacyś ładniejsi, również imigranci, turyści, zagraniczni studenci i cała niefrancuska masa, która wystawiła tutaj bardzo liczną reprezentację. Nawet przyjeżdżające tutaj Brytyjki i Niemki cokolwiek nie straszą. Może na uczelniach mają jakiś taki system rekrutacyjny, w którym dostaje się punkty za urodę? A może to wszystko kwestia...

Ubioru. Nie ma w ogóle dresiarstwa. Co najwyżej czarni skejci. Ale to w zasadzie nawet ciekawy element krajobrazu, poza tym rzadki. A ciemnoskórzy są niekiedy nawet lepiej ubrani niż przeciętni rodowici Francuzi. Ubierają się modnie, gustownie i unosi się nad nimi woń drogich, całkiem dobrze dobranych zapachów. Do niedawna wydawało mi się, że wśród azjatycko-afrykańskich emigrantów mieszkających w Europie Zachodniej dominują, a przynajmniej na pierwszy plan wysuwają się śmierdzący, ubrani jak bossowie discopolo, szpanujący świeżo kupionymi lub ukradzionymi sprzętami dorobkiewicze. Tutaj tacy też się znajdą, ale nie dominują w ostatecznym obrazie pozaeuropejskich imigrantów.

sobota, 27 września 2008

Znowu Jutiub

Tym razem Jutiub zrobił mi bardzo miłą niespodziankę. Oto i ona:



Zawsze uwielbiałem to nagranie. I zawsze znałem je tylko z wersji audio i bardzo mnie ciekawiło, jak to wszystko wygląda, jak sobie razem Rysio z Martyną śpiewają. I już straciłem wiarę w to, że gdziekolwiek istnieje wideo. Aż tu nagle. Przecież właśnie tak to sobie wyobrażałem! Szkoda, że Ryśka nie widać, ale to że go nie widać całkiem do niego pasuje.

No i nie mogę przepuścić takiej okazji, żeby przy okazji... Red as a brick

piątek, 26 września 2008

To lubię

Genialne! Ilekroć to oglądam, zachwyca mnie to! Jest takie francuskie...



A skoro już jesteśmy przy temacie krótkich filmów. Francuzi robią chyba najlepsze Courts métrages. Ale Brytyjczykom też zdarza się czasem nakręcić coś dobrego. Przykładem jest ten poniżej. Choć jest brytyjski, aż cuchnie francuskością.