czwartek, 29 stycznia 2009

Kryzysowy narzeczony

Nie pisałem, bo co będę pisał głupoty. Skoro więc piszę, przypuszczać można, że mam coś ciekawego do powiedzenia. Czy tutaj nastąpi pierwsze rozczarowanie, tego nie wiem, ale tak czy siak trzymajcie kciuki za dalszy rozwój sączącego się tutaj strumyka słów, nie zapominając przy tym, że poziom rozczarowania rośnie wykładniczo wraz ze wzrostem oczekiwań, z czego czarno na białym wynika, że nie warto spodziewać się zbyt wiele po blogu, tak jak zbyt wiele żądać od życia. A kto nie ma, tego przynajmniej nie okradną i basta! Enyłej, dokonałem paru niskobudżetowych na miarę kryzysu odkryć i popełniłem parę darmowych spostrzeżeń, które zamierzam tutaj troszkę rozproliferować w tym i w następnych wynurzeniach. Świadomie nie mieszam ich z tymi o tematyce francuskiej, bo te zaserwuję w innym daniu, może nieco odgrzewane, niemniej jednak postaram się, żeby były przynajmniej letnie.

Co łączy Marcinkiewicza, niemieckich oprawców Jana Rokity, talibów z Pakistanu i kryzys gospodarczy?

(pauza refleksyjna)

(jeszcze chwilka)

(zgoda, tłumaczę)
Medialny szum. Otóż wszyscy oni karmią się medialnym szumem, tą niedoskonałością systemu czwartej władzy, na którą - tę niedoskonałość - nikt nie zna żadnego sensownego rozwiązania. Gdyby system media=> społeczeństwo był idealny, wiadomości byłyby serią danych statystycznych, dzięki którym na bieżąco ocenialibyśmy prace rządzących oraz alternatywne projekty opozycji i bez jakichkolwiek emocji ocenialibyśmy wydarzenia światowe, zaś życiem osobistym polityków nie interesowalibyśmy się wcale, no może z wyjątkiem nagłych śmierci, które wymagałyby przeprowadzenia kolejnych wyborów. A jednak jesteśmy tylko ludźmi, lubimy dać się czasem postraszyć kryzysem, czasem dowiedzieć się co słychać w ich prywatnym życiu, a czasem - mimo, że przecież jesteśmy ludzi na poziomie i brzydzimy się plotek - dowiedzieć się o jakimś skandaliku.

Żeby oszczędzić Twojej zmęczonej kolejnymi kryzysowymi sensacjami głowie zbyt długiego lewitowania na orbicie ogólników, pozwolę sobie wybrać z powyższej metafory część składową. Wystąpi Kazio Marcinkiewicz. Pewnie dlatego, że dla niego medialna pożywka kończy się najgorzej, zaś pozostali aktorzy trzymają się jeszcze nieźle. O wybrykach Kazia nie będę się zbytnio rozpisywał, bo jest to na tyle żałosne, że chyba nie wymaga komentarza, a jeśli wymaga, to proszę, tędy.

Zazwyczaj folklor polityki, a do tego gatunku muzycznego zaliczam informacje o prywatnych rozterkach polityków, uważam za niegodny jakiegokolwiek zainteresowania opinii publicznej. Tak było z wanną Wassermanna, psem Sabą i problemami w małżeństwie Tusków, że o świętej pamięci teściu pani premierowej nie wspomnę. Jestem chronicznie uczulony na męski kryzys wieku średniego. Bo on jest właśnie całkiem niemęski. Prawdziwa męskość polega na konsekwencji. Świat zna niezliczone przypadki wymiany wysłużonej żony na nową żonę, przypominają mi się takie nazwiska jak Pavarotti czy Havel. Niestety w przypadku Kazia Marcinkiewicza jest diametralnie inaczej. Bo oto stary, zatwardziały, gruboskórny zetchaenowiec jednym cięciem przecina cienką - jak się okazuję - tkankę swojego politycznego jestestwa i jeszcze z niewyrafinowanym spojrzeniem udaje, że nic się nie stało. To tak, jakby Włodzimierz Iljicz w chwilę po płomiennym, komunistycznym spiczu sprywatyzował cały przemysł, Hugo Chavez nagle stwierdził, że jada tylko w makdonaldzie, a duet fabularno-historyczny Cenckiewicz-Gontarczyk napisał wiernopoddańczą odę ku czci Lecha Wałęsy i to pod patronatem Kancelarii Prezydenta. No więc właśnie Marcinkiewicz jest tą szkapą, co to zawsze mówili, że być może jest brzydka, wolna i cała pokurczona, ale co jak co, zawsze dojdzie do celu - a ona właśnie pada po przejściu dziesięciu metrów. Jedynym marcinkiewiczowym atutem była jego uczciwość, pokora, wiara w instytucję rodziny, prawdomówność. Takiemu Vaclavowi czy innemu Luciano wiele można wybaczyć. Ale Kazimierz może dalej pisać swojego bloga i marzyć o wielkiej karierze, ale politycznie jest skończony. Może zresztą i dobrze, bo jego niesłabnąca popularność była nam potrzebna chyba tylko jako argument potwierdzający regułę o umiarkowanym rozsądku wyborcy.

Kazia nigdy nie miałem za zbyt sprytnego. Więcej, uważałem go za wręcz politycznie ograniczonego. Zafascynowała mnie w nim jednak jego niczym nie zawiniona opinia dobrego premiera. Czemu taki dobry? Bo uczciwy! No to ja też mogę być premierem, nic nie ukradłem, z początkiem każdego roku wykupuję dwunastomiesięczny abonament na czyste sumienie - taka czerwona naklejka w kształcie serca, ustępuję miejsca staruszkom. I w ogóle potrafię mówić takim prostym językiem. Ale - naszło mnie kiedyś za czasów głębokiego PiSu - ten naiwniak musi się zgrywać. On po prostu udaje frajera, czai się i szykuje do Wielkiego Szlemu. W którymś momencie odstawi mecenasa Jarosława. Gdy tracił posadę premiera (bo Jaro zapragnął przesiąść się z tylnego siedzenia za kółko) przy 70% poparcia mógł tak naprawdę przejąć kontrolę nad całą partią, zerwać kontrakt, jak to w odpowiednim momencie zrobił Gates z ajbiemem, wyczuć to swoje 5 minut i pokazać pazury. Nadzieje płonne. To może chce w Anglii przeczekać najgorszą burzę? Wróci z wielkim impetem, spokojnie, pomału, żeby nie wyjść na przemalowańca, będzie przchodził z PiSu do PO i po tej mniej obciachowej stronie barykady odegra się za wyrugowanie z premierowskiego poletka? Rzeczywiście, wiele mogło na to wskazywać. Ale zamiast wielkiego polityka mamy narzeczonego z czasów kryzysu. Kryzysowego narzeczonego. Po głowie chodzą mi na przemian dwa komentarze muzyczne.

1. T.Raperzy - Maxi KazT-Raperzy - Maxi Kaz
(...)Choć głośno o mnie w Warszawie
Pozwólcie że się przedstawię
Kazik mi na imię dali, w skrócie Kaz
W Ciechocinku mam mieszkanie
Tu przyjezdne bawię panie
Umilając im sanatoryjny czas

W okolicy z tego słynę
Że gdy spojrzę na dziewczynę
Zanim zacznę grać to ona mówi pas
Może właśnie wiec dlatego
Wszystkie damy mój kolego
Już po randce mówią na mnie Maxi Kaz (...)

2. Lady Pank - Kryzysowa narzeczona Lady Pank - Kryzysowa narzeczona

Mogłaś moją być
Kryzysową narzeczoną
Razem ze mną pić
To, co nam tu naważono
Mogłaś moją być
Przy zgłuszonym odbiorniku
Aż po blady świt
Słuchać nowin i uderzać w gaz
Nie jeden raz
Nie jeden raz
Nie jeden raz

Mogłaś być już na dnie
A nie byłaś
Nigdy nie dowiesz się
Co straciłaś

Mogłaś moją być
Kryzysową narzeczoną
Pomalutku żyć
Tak jak nam tu naznaczono
Mogłaś moją być
Jakoś ze mną przebiedować
Zamiast życzyć mi
Na pocztówce nie wiadomo skąd
Wesołych świąt
Wesołych świąt
Wesołych świąt

Mogłaś być już na dnie...


Pozostaje mieć tylko nadzieję, że inne medialne rewelacje - tak jak kiedyś rewolucje - pozjadają swoje dzieci. Szkoda tylko, że kryzys gospodarczy raczej nie przepadnie tak szybko, jak premier Marcinkiewicz.

* * *
Niedaleko Trafalgar Square miałem okazję się przedstawić grupie dwudziestokilkuletnich dziewczyn. Mówiłem im, że mam czterdzieści trzy lata. One na to, że chyba trzydzieści cztery. Nie, nie, czterdzieści trzy - musiałem zaprzeczać. Zapamiętam tę chwilę do końca życia. Coś pięknego. Takie młode dziewczyny!"
K. Marcinkiewicz

Brak komentarzy: