sobota, 11 października 2008

Wielka fala co podrywa i zniewala - cz.1

Całe dwadzieścia trzy lata swojego nonszalanckiego intelektualnie życia przebimbałem w słodkim przekonaniu, że co jak co, ale falę to w Polsce mamy największą. A tu się okazuje, że ot tacy oportuniści Francuzi, którzy nie raczyli nawet podnieść swoich szanownych czterech francuskich liter, gdy nam brakło ziemi na mogiły, bo chować sól ziemi..., że tacy Francuzi mają nie tylko szybszą kolej, (lepsze) autostrady, wyższe PKB, piękniejsze góry, ładniejsze plaże, fajniejszych sąsiadów etc., to jeszcze zupełnie niezasłużenie mają lepszą falę, mimo że nasi chłopcy bardzo ciężko na naszą falę pracują...

Ale po kolei. Więc było to tak (bociana dziobał szpak, a potem była zmiana i szpak dziobał bociana; potem były jeszcze dwie takie zmiany; ile razy szpak był dziobany?) Więc było to tak. Ustaliliśmy z pewnym Jankiem, że ruszymy się gdzieś dalej. I to tym razem nie nad morze (tfu, ocean). Ale jak tu nie pojechać nad ocean, jeśli Jahwe uraczył nas środkiem lata na początku jesieni. No więc ocean. Całkiem nieświadomie zorganizowała się grupa dwudziestu osób również łaknących sposobności, by w cynicznym uniesieniu porozsyłać zmiarzniętym znajomym zdjęcia gorącej październikowej plaży (chyba jedynie Greczynkom ciężko postawić taki zarzut). I tak pojechaliśmy do Lacanau

Słów parę o francuskiej oceanicznej plaży. Każda plaża jest inna, ale wyodrębnić można pewne cechy wspólne wszystkich francuskich plaż. Otóż plaża zaczyna się tam, gdzie pobliska miejscowość wytyczyła sobie główny zapiaszczony deptak wdzierający się w piasek. Rozejrzyjmy się teraz dookoła. Po jednej i drugiej stronie aż roi się od ludzi. Spokojnie, jest dopiero jedenasta. O 14 dopiero zacznie się oblężenie (aż kusi, żeby ukąsić jakimś tandetnym przytykiem historycznym, ale stanę ponad tym i zaniecham). Schodzimy na piasek i zdejmujemy buty, dzięki czemu rozkoszujemy się przecudnym mięciutkim piaseczkiem, chwalonym przez wszystkich za jego sypkość (a jaki do diabła ma być piasek, jeśli nie sypki?) i maciupeńkie ziarenka i nikt mi nie chce wierzyć, że jest fenomenalnie identyczny z naszym swojskim bałtyckim. Ale na tym koniec podobieństw. Posuwamy się kawałek dalej. Po króciutkim marszu, który nie objął nawet 5% dystansu, jaki obejmujemy wzrokiem odczuwamy wyraźny spadek zaludnienia. Znajdujemy sobie przytulne miejsce i możemy zainteresować się falami.

A jest czym się interesować. Fale, które widzimy mają na moje poczwórne oko wysokość 3-3,5 metrów. Załamują się, czy to ze względu na ukształtowanie dna, czy może fatalną grę surferów (o tym później), w odległości jakichś 50 - 100 metrów od brzegu, po czym wzbierają jeszcze raz i - już z mniejszym wigorem (pozdrawiam pana Prezydenta!) - nabierają impetu, by szczytując z fenomenalnym grzmotem efektownie dokonać żywota i momentalnie zrobić miejsce dla swoich następczyń. Prawdziwy mężczyzna, czyli taki, w którym jest więcej jest dziecka niż dorosłego, czuje podskórnie, że z taką falą należy walczyć.

Walczyć można na wiele sposobów, spośród których najpopularniejsze są takie:
- "na Małysza" - to dla dziewczyn, stoi się w wodzie gdzieś do kolan, czyli tuż przy brzegu, i przeskakuje się główną grań resztek przeciwnika, które docierają do tego miejsca; trzeba się dobrze wybić; ale uwaga! nawet taki przeciwnik z łatwością może nas przewrócić
- "himan" - stoisz w wodzie gdzieś do pasa i próbujesz się utrzymać w miejscu; rzadko się to udaje; częściej przeciwnik cię przykryje albo podniesie
- "na klatę" stoisz głębiej przodem do fali; rzucasz się na nią, a potem przez długi czas nie wiesz co się z Tobą dzieje; w końcu odnajdujesz się w zupełnie innym miejscu, z dużą ilością szczypiącej słonej wody w nosie i buzi oraz z piaskiem we włosach.
- "Krzyżak" - w zasadzie wygląda tak samo jak wersja powyższa, ale falę przyjmujesz na placy, przy czym w momencie uderzenia uderzasz szeroko rozstawionymi ramionami w przeciwnika; uwaga, czasem bolą plecy albo nerki, jeśli przeciwnik jest wredny; masz przy tej metodzie jeszcze mniejszy wpływ na to co dzieje się z Tobą przez pierwszą minutę po uderzeniu i jednocześnie masz w sobie mniej piasku i słonej wody.
- "skok na główkę" - wydaje się najbardziej niebezpieczną metodą, a tak naprawdę jest najbezpieczniejszy; Skaczesz prosto w przeciwnika, na co on zupełnie nie jest przygotowany. Wbijasz się w niego, po czym albo się przez niego przebijasz i tylko widzisz kątem oka, jak rozbija się haniebnie o brzeg albo też następuje to, co przy dwóch poprzednich sposobach, czyli przez dobrych parę chwil nie wiesz co się z Tobą dzieje, widzisz tylko wodę i swoje bezwładne kończyny przelatujące przez ekran, po czym lądujesz parę metrów dalej w pozycji drastycznie innej, niż przyjęta w ogólnoludzkich normach.

Podobno dużo jest utonięć. To chyba za sprawą surferów, których jest tam na pęczki, ale są strasznie nieudolni i w niczym nie przypominają tych ze słonecznego patrolu, może zresztą i dobrze. Śmiesznie to wygląda, gdy świetnie uzbrojeni maczosi stoją sobie w obcisłych kombinezonach, a gdy tylko widzą jakąś ładną, skąpo ubraną panią, nagle się zrywają (że niby właśnie widzą godną sobie falę, bo dotychczas to same siksy przychodziły), wbiegają wręcz na tą falę, podpływają... ona jest coraz bliżej, zaraz będzie uderzenie, chłopaki już się po niej ślizgają, już powoli się podnoszą (bo dotychczas leżeli na deskach brzuchem), już powoli stają i... ona ich zwyczajnie przykrywa i pokonuje. Polowałem na dobre ujęcie chyba z godzinę i z bandy rozbitków wyłowiłem góra cztery przebłyski prawdziwego surfowania. Jedyne co udaje się tym surferom to bycie zagrożeniem "wpławerów". Zupełnie przypominało mi to konflikt narciarzy i deskarzy. Czułem taką wysublimowaną narciarską wyższość, jak nad snowboardem, przy jednoczesnej bezradności i bezbronności przed ich absolutnym brakiem kontroli nad swoimi ruchami i olbrzymią inercją, a także parytetem siły. Ja wolę pływać w wodzie bez deski, a surfować po internecie.

C.D.N.