niedziela, 29 czerwca 2008

ogłoszenia






Zanim sobie pojadę (a nastąpi to za 20 minut)...\

piątek, 27 czerwca 2008

uciekam [sic!] z tych sadów!

Blog na pewien czas umarł. Był to znak, że wreszcie zabrałem się za sesję. Wynik tego jest mizerny, ale to już inna sprawa. Blog wcale w najbliższym czasie nie ożyje, nie będę teraz miał ani czasu ani możliwości, żeby napisać chociaż krótki post albo kontynuować obronę Jacka Kuronia przed atakami komentarzy Tomka "t3d" D. (pozdro!). Czemu? Bo za chwil parę wyjeżdżam do samego serca Rosji, czyli na Sybir. Nie omieszkam wszystkiego szczegółowo opisać (dwutygodniowego łażenia po Ałtaju, zaćmienia słońca - 01.08.08, naszych lekcji polskiego dla grupy 300 Rosjan i wielu wielu innych).

A więc, do zobaczenia w sierpniu albo we wrześniu!

Maro

PS:

piątek, 13 czerwca 2008

Hrumaliada

Popełniłem coś z serii "moja radosna tfórczość"
Hrumaliada

Wyłło i męłło, aż się zagiełło
tak to się, bracia, wszystko zaczęłło

Hrumak słynnym był stworem pokrzywy
jak ryba wywijał, choć był robaczywy
i siedząc latami nad pstrym brzegiem Hrysły
patrzył jak posąg na cień swój obwisły

Raz grzybną zaprawę wyjąwszy spod runa
pokrzywą zabija szczep brata, Hruna
i nim się obejrzał Hrumak niecnisty
szczep jego brata stał się sielisty

Hrun był miłości pełen kawał gada
lecz hrunowa poczć granice posiada
i gdy precz jego senność poszła niesforna
ruszcz go objęła potwornie potworna

Krzywd - krzyczy – krztrętne krzywdzidzielczę!
skrzywię cię na całym krzywym twym cielcze
i tak bluszcz bluszcząc nozdrzem okraka
łamie umizgi i grucha Hrumaka

Lecz po wtórnych wtórach fraterskiej potyczki
chapnął w locie Hrumak kawałek pokrzyczki
i już bratu wymierzał śmierci pięściopa
gdy obaj poczuli oddech… Hrabopa

Po chwili było po całym już krzyku
gdy obaj płynęli wodami przełyku
i nastał fraterskiej gołębny czas zgody
bo w jego żołądku dojrzeli jagody

Przyknuli plan tedy jagodziej powodzi
i napyliwszy Hrabopa bezbronnej gardłodzi
jagody gniewne córy Animozji
świecili niechybnej potwora eksplozji

I już czuje Hrabop, że cos mu kotleje
jął tedy wlewać w swe gardło oleje
i trwał tak dni parę niemocą grzmiący
nabrzmiały, pękaty i wiatry pędzący

Jak nie huknęło! Toż po całym świecie
rozbryzgły wnętrza hrabopie i śmiecie
ocean przykryło ścierwo Hrabopa
i tak oto, bracia, powstała Europa

Hrun nie ustaje w Hrumaka nasłuchu
w nowych realiach już po wybuchu
a Hrumak odnalazł w pokrzyczce kryjówkę
i chrapiąc chromoli Hruna bojówkę

Mełło i wyłło, aż się spełniłło
tak to się, bracia, wszystko skończyłło


A teraz moja inspiracja. Znów pojawia się tu Stanisław Barańczak. Jest on autorem najlepszego, a przynajmniej najpopularniejszego tłumaczenia wiersza "Jabberwoocky" napisanego w oryginale przez Lewisa Carrolla (autora m.in. Alicji w Krainie Czarów). Przed Państwem maestro Stanisław Barańczak i "Dziaberliada" (pozdro Gustaw!)...
Dziaberliada

Brzdęśniało już; ślimonne prztowie
Wyrło i warło się w gulbieży;
Zmimszałe ćwiły borogowie
I rcie grdypały z mrzerzy.

"O strzeż się, synu, Dziaberłaka!
Łap pazurzastych, zębnej paszczy!
Omiń Dziupdziupa, złego ptaka,
Z którym się Brutwiel piastrzy!"

A on jął w garść worpalny miecz:
Nim wroga wdepcze w grzębrną krumać,
Chce tu, gdzie szum, wśród drzew Tumtum
stać parę chwil i dumać.

Lecz gdy tak tonie w dumań gląpie,
Dziaberłak płomienistooki
Z dala przez gąszcze tulżyc tąpie,
Brdli, bierze się pod boki!

Ba-bach! Ba-bach! I rach, i ciach
Worpalny brzeszczot cielsko ciachnął!
A on wziął łeb i poprzez step
W powrotny szlak się szlachnął.

"Tyżeś więc ubił Dziaberłaka?
Pójdź, chłopcze, chlubo jazd i piechot,
Objąć się daj! Ho-hej! Ha-haj!",
Rżał rupertyczny rechot.

Brzdęśniało już; ślimonne prztowie
Wyrło i warło się w gulbieży;
Zmimszałe ćwiły borogovie
I rcie grdypały z mrzerzy.

A tu znajdziecie oryginał oraz pozostałe tłumaczenia. Przy okazji ciekawostka ornitologiczna - jednemu z tłumaczeń winny jest ekscentryczny JKM we własnej osobie (nie, nie chodzi o Jego Królewską Mość).

czwartek, 12 czerwca 2008

hmmm futbolowo




Jacki

Chcieliśmy kiedyś z pewnym Pafciem (pozdro Pafcio!) wybudować pomnik Jacka Kaczmarskiego. Ale jakoś stwierdziliśmy, że dużo lepiej wyglądałby pomnik trzech Jacków - Kaczmarskiego i? Kogo - zapytacie... Drugim Jackiem niech będzie... Kuroń oczywiście!

O Kaczmarskim napiszę przy okazji, bo zajmie mi to pewnie z 5 postów.

A Kuroń to fajny ziomek był. Jakoś niedługo przed jego śmiercią przeczytałem książkę "PRL dla początkujących" (by Wydawnictwo Dolnośląskie, seria "A to Polska właśnie"), która jest niesamowitą pogawędką niesamowitego Kuronia i całkiem samowitego Żakowskiego (nomen omen Jacka również) i ta książka otworzyła mi oczy na całą olbrzymią epokę, którą naiwny czytelnik zaczyna rozumieć razem z naiwnym Kuroniem z lat 50 i potem coraz mniej naiwnym Kuroniem z lat następnych. Kuronia czyta się świetnie, a jak się go czyta, w uszach słyszy się jego charakterystyczny schorowany i przepalony głos i aż odgłos otwieranego termosu z herbatą. Widać też jego dżinsową koszulę.

Kto zna Kuronia, wie jak wielkim był człowiekiem. Nie będę przytaczał całej jego historii, bo tą znaleźć można ot choćby w necie. Kuroń miał w sobie coś niesamowitego, bo ciągle walcząc nie walczył przeciw komuś, ale dla kogoś. Wywodził się z rodziny PPS-owskiej. PPS-owska była cała przedwojenna nieziemiańska inteligencja, tacy też byli Kuroniowie. Kuroń najpierw wierzył w socjalizm i wcale z nim nie walczył. Zaczął się sprzeciwiać w momencie, gdy zaczęło się koło niego dziać niedobrze. Ale wcale nie występował przeciw socjalizmowi jako takiemu, a raczej przeciw jego formie zaimplementowanej przez PRL. Choć był człowiekiem niezwykle inteligentnym i wykształconym, zawsze dobrze czuł się wśród ludzi prostych. Tak naprawdę postulował dyktaturę... robotników. Kuroń był jakimś takim przeciwieństwem pisowskiej zadziorności i pamiętliwości. On czując się świetnie wśród robotników jest tak naprawdę o niebo ponad wszystkimi współczesnymi procesującymi się krzykaczami i bulterierami. Czemu o tych krzykaczach mówię? Ano przypomina mi się strasznie przykry odcinek programu Teraz My z udziałem (...- autocenzura) Wojciecha Wierzejskiego i Macieja Kuronia występującego w roli obrońcy szarganego przez elpeerowskich oszołomów nazwiska. Syn Jacka zachował się fenomenalnie. W czasie, kiedy wszyscy oglądający ten program kipieli i zielenieli, nie mogąc zdzierżyć potwarzy rzucanych przez Wierzejskiego, Maciek najzwyczajniej w świecie podał mu rękę na pożegnanie i powiedział, że wybacza te obelgi, bo tak postępować nauczył go ojciec. Nagrania nigdzie nie mogę znaleźć, znalazłem jedynie taki opis. Ale tak naprawdę trzeba było to wszystko obejrzeć, żeby zrozumieć z jakim trudem przyszłoby każdemu z nas zdobyć się na taki gest.

A teraz Jacka Kuronia miłość życia. Grażyna Kuroń, zwana Gają. Matka Maćka. Była jakością samą w sobie. Prześladowana, bita i nachodzona przez SB-ecję, była całkowicie niezniszczalna. Wciąż pełna życia. Razem z Jackiem dodawali sobie nawzajem energii. Aż w którymś momencie przegrała z chorobą płuc (leczył ją sam Edelman). Mogli razem z Jackiem wyjechać na leczenie za granicę. Ale nie złożyli broni.

Ośrodek Karta jest w posiadaniu ich listów z czasów więzień i internowania. Nie lubię się rozczulać, ale to jest naprawdę piękne. Te listy nawet nie wymagają tła historycznego, choć takie tło dodaje im jeszcze większego dramatyzmu. Wycinki tych listów zobaczyć można tutaj.

Przejęty jej młodym odejściem (miała 42 lata) Stanisław Barańczak napisał taki wiersz:
Grażynie
Pamiętać o papierosach. Żeby zawsze były pod ręką,
gotowe do wsunięcia w kieszeń, gdy znowu go zabierają.

Znać na pamięć przepisy dotyczące paczek i widzeń.
Sztukę zmuszania mięśni twarzy do uśmiechu.

Jednym chłodnym spojrzeniem gasić wrzask policjanta,
zaparzać spokojnie herbatę, gdy oni bebeszą szuflady.

Z obozu albo szpitala słać listy, że wszystko w porządku.

Tyle umiejętności, taka perfekcja. Mówię poważnie.
Chociażby po to, aby się nie zmarnowały,
nagrodą za to wszystko powinna być nieśmiertelność,
a już co najmniej jej wybrakowana wersja, życie.

No to mamy dwóch Jacków, a co z tym trzecim? Jest jeden kandydat, ale niestety jaki by nie był, nie wiadomo czy zdoła dorównać pozostałej dwójce. A nazywa się on Kleyff. Był kiedyś takim Kaczmarskim, ale potem go Kaczmarski przerósł bezkompromisowością, głęboki tekstami, a także autentycznością swojego życia - iście ułańskiego, pijackiego i bardowskiego. Ale Kleyff Kaczmarskiego przeżył i nadal gra, śpiewa i komponuje. Występuje razem ze swoim zespołem Orkiestra na Zdrowie.

Niestety w sieci znajduje się niewiele sensownych nagrań Jacka i zespołu ONZ. Co do pomnika - Jacek Kleyff wciąż żyje i ma się dobrze. A pomniki stawia się raczej trupom...

Oto kilka próbek. (polecam najpierw wersje audio - są lepsze niż nagrania z Jutiuba)
Moja ulubiona piosenka z repertuaru Jacka KleyffaA ile
Najbardziej bodaj znana piosenka - huśtawki
Godna uwagi jest też Pierwszy List do Leonarda Cohena
a tutaj pozostałe kawałki

A teraz Jutiub:





***

Aha, skoro o Jackach - chwila ciszy dla mojego kolegi Jacka G., który dzisiaj obchodziłby 29 urodziny, gdyby nie zginął 2 tygodnie temu w nowozelandzkich górach...

Gdyby życie było jak forum internetowe

See more funny videos at CollegeHumor

środa, 11 czerwca 2008

Swaboda ruskiego naroda



A mi przypomina się wersja alternatywna, której nauczył nas historyk z ogólniaka, swoją drogą nieziemsko równy gość. Nie nadaje się ona do powtórzenia. Zaczynała się tak: Na ch.j nam swaboda ruskiego naroda...

wtorek, 10 czerwca 2008

Syndrom studenta

"Eureka! To jest o mnie!" - pomyślałem po przeczytaniu pewnego wikipedycznego artykułu. Z moich obserwacji wynika, że dokładnie tak samo reagują wszyscy wokół. Nie przypadkowo nazwano to syndromem studenta. Prokrastynacja (pozdro Andrew S. i dzieki za linka!), bo o tym mowa, to straszne bezlitosne paskudztwo, a raczej olbrzymi worek, do którego z łatwością można powrzucać 3 miliardy ludzkich problemów. Oczywiście odmian tego jest pewnie tyle ile osób tej dolegliwości się poddaje, a pewnie w klasyfikacji generalnej jest tych osób więcej niż mniej.
W psychologii prokrastynacja lub zwlekanie oznacza patologiczną tendencję do nieustannego przekładania pewnych czynności na później, ujawniającą się w różnych dziedzinach życia. Bywa nazywana "syndromem studenta".

Prokrastynator ma problemy z zabraniem się do pracy, zwłaszcza wtedy, gdy nie widzi natychmiastowych efektów.

Dawno temu spotkałem się z angielskim terminem 'escapism', który wyjątkowo przypadł mi do gustu. Jest to trochę coś innego, ale jednak wyraźnie w tych samych klimatach. Za escapistę uważałem kogoś, kto szybko się poddaje i nie będąc pewnym zwycięstwa ucieka w siną dal. Ta sina dal - świadomie tkwię w bliskich mi klimatach szkolno-studenckich - to wagary, nie chodzenie na kolokwia albo zwyczajny... sen.

Wracam do artykułu z Wikipedii. Oto kwintesencja:
(...) osoba taka z zapałem wykonuje inne zajęcia (zakupy, wiosenne porządki, odwiedziny u babci, pisanie kolejnych artykułów na wikipedii) wszystko to, co nie ma związku z problematycznym zadaniem.

Sam tekst - nie byłbym sobą, gdybym się do tego nie przyczepił - pachnie głęboką paranaukowością, co tak naprawdę dodaje mu uroku ("pisanie kolejnych artykułów na wikipedii"). Wygląda jakby autorzy sami tak naprawdę próbowali dobrać odpowiednią definicję dla rzuconego hasła. Najciekawszy jest fragment o perfekcjonizmie:
Większość osób dotkniętych prokrastynacją to ofiary perfekcjonizmu. Jako że perfekcję osiąga się zwykle metodą prób i błędów, a perfekcjonista nie dopuszcza myśli o błędach, pogrąża się w tym paradoksie nie robiąc nic

Moim zdaniem autorom chodziło o to, że aby w jakiejś dziedzinie być dobrym, trzeba dużo ćwiczyć, co niekiedy oznacza drogę przez liczne porażki. Tak jest m.in. w przypadku różnych dyscyplin sportowych. Ale już na przykład nauka języków moim zdaniem nie odbywa się metodą prób i błędów. Jest - czasem wolnym, czasem szybszym - poruszaniem się do przodu. A perfekcjonizm to przecież również pedantyzm w różnego rodzaju czynnościach życiowych, robienie wszystkiego jak najlepiej, najschludniej i najpełniej. Mało tu miejsca na próby i błędy. Dobra, czepiam się. Wiadomo o co chodzi. Ja zamiast nazwać to perfekcjonizmem, wspomniałbym o przerośniętych ambicjach i jakieś wewnętrznej bądź zewnętrznej presji na osiąganie sukcesów, a także na palmie*, choćby takiej małej, która odbija wszystkim, którzy uważają się za wysoki krzew, który góruje nad otaczającym je zbożem.

Ad meritum, camaradas! Jak już mówiłem - prokrastynacja to zbiór wielu, wielu paradoksów w których trwamy. Być może psychologia wydzieli z tego jakieś gałęzie i grupy i każdy z przypadków nazwie inaczej i będzie wiedziała jak mu zapobiec. Póki co wiemy, że coś takiego istnieje i posiłkując się tego typu paranaukowym definicjom możemy przynajmniej zastanowić się nad tym co w naszej organizacji czasu pracy jest nie-tak.

Na koniec polecam odwiedzenie jednego miejsca anglojęzycznego. Jest nieco bardziej "naukowe".


***
Palma

A na zupełny koniec zupełne oderwanie od tematu przerastające swym oderwaniem słabiutkie słówko 'dygresja'. Otóż przypomniała mi o swoim istnieniu świetna anegdotka Grzegorza Ciechowskiego z któregoś tam felietonu, którą czem prędzej skopiowałem i wkleiłem:

Nieznany i nieutalentowany rybak złapał zlotą rybkę.
- Wypuść mnie, rybaku, spełnię twoje...
- Trzy życzenia?! - podchwycił rybak. - Świetnie! Talentu! Talentu chcę przede wszystkim!
- Zrobione. Masz talent.
- Tak szybko!? To teraz sławy, sławy mi przydaj, rybko!
- Zrobione. Jesteś sławny...
Rybak uszom nie wierzy, ale w tym momencie, z przepływającej wlaśnie
obok czwórki ze sternikiem, dochodzą go szepty:
- Patrzcie, to ten utalentowany rybak... Panie rybaku, autograf, prosimy o autograf...
-Ja też poproszę - zmysłowo wyszeptała sterniczka - O tu, na koszulce...
- Rybko, rybko... Mam trzecie życzenie... (Rybak mówi to podpisując się na kształtnej piersi sterniczki). Tylko pośpiesz się z jego spełnieniem. Zrób tak, żeby mi dekiel nie odwalił!
-Co?- zdziwiła się rybka.
- No, żeby mi palma nie odbiła! Sodowa! Sodowa, żeby mi nie uderzyła
do głowy!
Rybka nadęła się jak ropucha i pękła. Rybak aż podskoczył z wrażenia.
- Kurczę! Pękła! O, tu leży jej głowa. Mówi coś! Rybak przystawia ucho do rybiej głowy.
- Za późno... - szepnęła rybka. - Już ci odbiło... I zdechła.

poniedziałek, 9 czerwca 2008

Główny lekarz weterynarii

Miodzie, jestem domem

Coś w stylu listu z Węgier. Tym razem genialny moim zdaniem przekład autorstwa genialnego Stanisława Barańczaka:

Husband: Honey, I’m home!
Mąż: Miodzie, jestem domem!

Wife: Is that you Tommy? Finally! What took you so long?
Żona: Czyż jesteś to ty Tomy? Finalnie! Co cię wzięło takiego długiego?

Husband: Come, come, Jennifer, don’t get upset.
Mąż: Przybądź, przybądź, Jenniferze, nie uzyskuj przewagi jednego seta w meczu tenisowym.

Wife: Why, you’ve certainly taken your time this time?
Żona: Dlaczego, ty z pewnością zabrałeś swój czas tymczasem?

Husband: It’s a jungle out there, my dear. Traffic jams every freaking five minutes, pardon my French. How was your day, by the way?
Mąż: To jest dżungla tam na zewnątrz, moja zwierzyno płowa. Dżemy sklepików tytoniowych każde zakręcone pięć minut, ułaskaw mojego Francuza. Jak był twój dzień na poboczu drogi?

Wife: Nothing out of the ordinary. Your mother called to complain that you don’t call her often enough. Your son broke another two front teeth playing ice hockey. The garbage people are on strike. I washed the kitchen floor and now my back is killing me. My allergies are a pain-in-the-neck as well. And this foul weather gives me a hell of a pleasant feeling to boot. Other than that, my life is a typical suburban housewife ran its everyday course smoothly today. In any case, dinner is served.
Żona: Nic poza obrębem czegoś ordynarnego. Twoja matka wołała narzekać że ty ją wołasz nie często dosyć. Twój syn złamał jeszcze jedne dwa zęby frontowe grając na hokeju z lodu. Śmieciarze są na uderzeniu. Wyprałam kuchenne piętro i teraz mój tył zabija mnie. Moja alergia jest bólem-w-szyi jako studnia. I ta niesportowa pogoda daje mi piekło proszącego czucia do buta. Inne niż to, moje życie jako typowej podurbanistycznej domowej żony biegło swój każdodzienny kurs gładko dziś. W dowolnym futerale, obiad jest obsłużony.

Husband: Can you fix me a stiff drink first?
Mąż: Możesz ty zreperować mi jakis sztywny napój, po pierwsze?

Wife: Out of question. The food is getting cold. Besides, why don’t you fix one for yourself? I have my hands full, tossing the salad.
Żona: Na zewnątrz pytania. Żywność jest dostająca chłodu. Obok, dlaczego ty nie zreperujesz jednego dla siebie sam? Ja mam ręce pełne, podrzucając sałatę.

Husband: All right then. I’ll get myself a can of Bud from the icebox. What are we having tonight?
Mąż: Wszystko na prawo wtedy. Dostanę sobie puszkę Pąku z lodopudła. Co jesteśmy mający tej nocy?

Wife: You didn’t expect anything fancy, did you? What we have tonight is ever-so-popular hamburgers and fries from Burger King. There’s nothing like the regular meat-and-potato kind of stuff. (Aside) I think I’m gonna throw up.
Żona: Ty nie oczekiwałeś żadnej wymyślnej rzeczy, oczekiwałeś ty? Co my mamy dziś, to są zawsze-tak-popularni szynkowi mieszczanie i smażonki z Mieszczanina Króla. Tam jest nicość przypominająca regularny mięsno-kartoflany rodzaj substancji. (Leżąc na boku) Myślę, że jestem gonną w trakcie rzutu wzwyż.

niedziela, 8 czerwca 2008

Niemce idą...

Niemcy nam wkopali. Przykre jest to, że obydwie strony wszystko sprowadzają do głębokich blizn w narodowej pamięci. Niemcy wkopywanie Polakom mają niejako zakodowane. Robią to – a jakże - profesjonalnie od zawsze. Profesjonalnie spieprzyli nam jakieś 250 lat państwowości, załatwili nam 2 wojny światowe, a w konsekwencji w czerwony kolor. My nie wkopaliśmy im od 598 lat bez miesiąca. Ale im, draniom jednym, jest jeszcze za mało!

Niemcy zalali nasz kochany stłamszony kraj chłamem jeszcze gorszym niż rodzimy Super Express oraz quasi-rzetelnymi Newsweekiem i Dziennikiem (jeszcze gorsze niż rodzime odpowiedniki) i jeszcze im, diabłom bezbożnym nie wystarcza! Teraz muszą spieprzyć nam mistrzostwa!

Dobra, koniec ironii... Ależ skąd, nie mówię wcale, że oni nas jakoś wyjątkowo nie lubią. Po prostu okazali się lepsi. Jest ich więcej, są bogatsi. Kiedyś wygrywali z nami militarnie, teraz ekonomicznie. Natomiast same mistrzostwa to przede wszystkim kasa. Oczywiście za wiele lat wszystko może się odwrócić, ale póki co mają nad nami przewagę.

Niemcy tak na co dzień mają do Polaków stosunek taki, jak my do Ukraińców czy Białorusinów. Lekka nieufność + nieśmiała sympatia + dość mgliste pojęcie o tym jacy rzeczywiście oni są + pełno stereotypów + podskórne przeczucie, że owe stereotypy odbiegają od rzeczywistości. Ale jak przyjdzie co do czego… Nie wyobrażam sobie, żeby Polacy przed takim samym meczem z dajmy na to Ukrainą dostawali podobnej furii, do furii Niemców z ostatnich dni. Ta furia to nie jest jakaś niechęć ani broń Boże nienawiść. To coś głębszego i bardziej skomplikowanego.

Czy my jesteśmy lepsi? Skąd, zachowujemy się dokładnie tak samo. A może jeszcze gorzej. Bo chcielibyśmy pokazać Niemcom, że chociaż jesteśmy biedniejsi, gorzej zorganizowani, w skrócie: słabsi, to jednak potrafimy z nimi wygrać. I jeszcze ta historia...

A oni? Oni chyba mają jeszcze gorzej. Bo to ich pozycja dominującego jest tutaj zagrożona przez sąsiada zza wschodu, który zawsze był biedny, z którego zawsze można było się śmiać (a niemieckie żarty o Polakach były na żenująco niskim poziomie), który - ubrany w niemodne wymiętolone dresy - przyjeżdżał na saksy i ciężko harował przez cały dzień zbierając niemieckie truskawki czy inne szparagi za parę marnych marek i kilka phenigów. Gdziekolwiek się ten sąsiad pojawiał, coś gdzieś komuś ginęło. A po co on w ogóle przyjeżdżał? Bo zapewne kończyła mu się kasa na wódkę.

Nie wymyślam sobie tego. Sam pamiętam jakim byłem zjawiskiem, gdy poszedłem w Niemczech do niemieckiej klasy (a miałem wtedy 8 lat), jak koledzy nie chcieli mi uwierzyć, że mam w Polsce telewizor i to jeszcze kolorowy! A jak jeździłem gdzieś na swoim rowerku made by Romet, mali niemieccy kumple nie mogli dać wiary, że on nie został wyprodukowany w Niemczech. A kilku ziomków w ogóle się do mnie nie odzywało. Tak po prostu - bo Polak. Oczywiście musieli dowiedzieć się od rodziców co to jest Polska i pewnie jeszcze niektórzy z tych rodziców kazali swoim pociechom uważać, bo przecież Polacy to złodzieje. Było to raczej bardziej śmieszne niż przykre i w ogóle nie rozpatruję tego w kategorii jakichś złych wspomnień. Ale jest to dobrą ilustracją tego co przeciętny Niemiec wiedział o Polsce.

Aż tu nagle okazało się, że Polacy są dobrymi pracownikami, o których wręcz zabiegają zagraniczni pracodawcy, że eksportują mnóstwo dobrej jakości towarów, że jeżdżą po świecie, znają języki i że jednak Odra wcale nie jest granicą wielkiego szoku cywilizacyjnego...

Z innej beczki. Obie strony przygotowały głupawe reklamy. Pierwsze stworzyli Niemcy, ale my nie pozostaliśmy dłużni





Swoją drogą mnie bardziej śmieszy (albo mniej irytuje) wersja niemiecka. Bo to przecież jest żart. A jeśli ktoś sprawę bierze na serio to znaczy, że jest niemieckim albo polskim oszołomem, który nawet nie wie, że już się nie kradnie w Niemczech samochodów, bo to się zwyczajnie przestało opłacać. A jeśli ktoś kradnie, to jest zupełnym kretynem, bo dużo bardziej opłaca się sprowadzać samochody legalnie. A polski złodziej, drodzy zachodni bracia, liczyć umie, bo załapał się jeszcze na komunistyczny system edukacyjny, a jeśli mu się udało jakoś go ominąć, to znaczy, że wykazał się ponadprzeciętną bystrością.

Niemcy zgrywają twardzieli, ale jednak meczem owym całkiem się przejęli. A my machamy szabelkami licząc jak zwykle na cud. Wszystko to jest tyleż samo śmieszne, co i żałosne.

Niemcy tryumfowali tego wieczora. Rzeczywiście rozwalili nas na łopatki. Byli lepiej przygotowani. Z drugiej strony możemy się pocieszać, że to takie nie całkiem niemieckie zwycięstwo. W końcu dwa gole zdobył dla nich Polak. Inny Polak – również opłacany przez niemieckich sponsorów – elegancko docisnął niemiecki pedał gazu i odstawił swojego niemieckiego kolegę z zespołu.

Niemieccy kibice niestety przegrali. Że w kibicowskich ustawkach nasi chłopcy zrewanżowali im się za wrzesień’39 – nie mam wątpliwości. Niektórzy Niemcy skandowali rasistowskie hasła. I dobrze im tak, bo ich Austriacy pozamykali. Polacy mogli sobie skandować co chcieli, i tak nikt ich tam nie rozumiał. Założę się, że za 4 lata role się odwrócą.

Naszych jednak też łapali...



Suplement

Żeby nie było. Nie mam nic do Niemców. Broń Boże. Śmieszy mnie to, że tak naprawdę nie chodziło w tym meczu o sport, tylko o dumę narodową i jakieś zaszłości. Nie będąc hipokrytą powinienem przyznać, że mi samemu pewnie też się to udzieliło.

Nie mam nic do Niemców. Trzeba umieć o wzajemnych relacjach powiedzieć to, co się o nich myśli. Nie można w imię jakiegoś paranoidalnego patriotyzmu dawać się ponieść niechęci ani w imię przesadnego pojednania omijać niewygodne tematy.

Nie mam nic do Niemców. Zbyt wielu wspaniałych Niemców poznałem, żeby móc powiedzieć o tym narodzie cokolwiek złego. Jeśli cokolwiek miałbym im do zarzucenia, to raczej ich brak świadomości, niż jakiekolwiek złe intencje. Nasza zachodnia granica topnieje. Kiedyś była zamrożona, potem runęła, teraz zalegają na niej resztki zlodowacenia, które za kilka lat, wraz z odejściem od głosu pewnych pokoleń, znikną zupełnie.

Drogi Klacz!

Jakiś czas temu odebrałem dość ciekawy list. Nadawca nosił imię Ildikó i... moje nazwisko. Mimo szczerych chęci niewiele z tego listu zrozumiałem. Może po prostu nie mam daru do języków. List wyglądał tak oto:
Kedves Marek!

Én sajnos már németül sem tudok igazán. Van aki lefordítsa neked a levelemet? Én annyit tudok a családomról, hogy az apai nagyapám Josef M. (1901-1967-ig élt) Ausztriából került Magyarországra. Én 1968-ban a halála után születtem és jelenleg is Budapesten élek. Édesapám nem sokat beszélt nagyapámról és a halála előtt tartotta csak a kapcsolatot Ausztriában, Neukirchenben lakó rokonsággal. Sajnos a címüket nem tudom. Viszont vannak régi képeim a 60-as évekből. Volt egy nagyon régi albumunk a M. famíliáról 1800-as években születettekről egészen az 1900-as évekig, megpróbálom megkeresni, talán meg van édesanyámnál. Emlékezetem szerintem a dédnagymamám neve Josefa M. Lugoson élt még egy rokon, akit
az osztrák család igen gyakran látogatott a 60-as években, de ő már akkor idős volt, valószínűleg már nem is él. Lehetséges, hogy dédnagyapai ágon valami rokonság lehet a családunk között, talán ha megtalálom a fotóalbumot okosabb leszek:-)

Bízom benne, hogy van aki lefordítsa neked a levelemet.

Czem prędzej, aby nie dać moim niecierpliwym palcom czasu na pokrycie się potem zaciekawienia, wyszukałem w sieci translator węgiersko-polski. Po wciśnięciu sakramentalnego "translate!" oczom moim ukazał się tekst zalatujący pijanym gombrowiczem...
Drogi Klacz!
Jestem ja nieszczęśliwie już Niemiec ani możesz rzeczywiście. Tu jest aki tłumaczyć pod kątem ty ten ulotka? Jestem ja wszystko ja znać ten mój rodzina , ów ten ojcowski dziadek Józef M. (1901- z ig była żywy Ausztriából biegać w Węgry. Jestem ja 1968- zakazać ten za jego śmierć byliśmy urodzony i w tej chwili także Budapeszt łuki. Édesapám nie dużo on ma mówiony nagyapámról i ten przed jego śmierć oni byliśmy utrzymanie tylko ten stosunki Ausztriában Neukirchenben dzierżawca pokrewieństwo. Nieszczęśliwie ten címüket ja don't znać. Jednakże tu są ongi képeim ten 60- równie w lata. Ono miał był jeden starodawny album ten M. famíliáról 1800- równie w lata születettekről całkowicie ten 1900- co do lata , szkic znajduje , staż więcej tu jest édesanyámnál. Pamiętny zgodnie z ten dédnagymamám jego wymienić Józef M. Lugoson była żywy jeszcze raz względny akit ten Austriacki rodzina tak często odwiedzony ten 60- równie w lata , oprócz ona jest już wtedy stary ono miał był , staż już nie także siła. Możliwy , ów dédnagyapai ágon coś pokrewieństwo mogą być ten rodzina pomiędzy , staż jeśli znajduje ten fotóalbumot inteligent obnaża : ) Wielka aglomeracja przedsiębiorstw w ono , jak jest on aki tłumaczyć pod kątem ty ten ulotka.

Oto właśnie zrozumiałem dlaczego ilekroć przedstawiałem się jakimś Węgrom, przez ich usta przewijało się przytłumione tąpnięcie śmiechu. Mam nadzieję, ze moje nazwisko nie tłumaczy się na np "tępa". Pocieszam się, że w swoich cierpieniach nie jestem sam. Jeszcze gorzej mają Agaty wybierające się do Rumunii. Otóż słowo "gata" znaczy tam podobno "napalona".
Aha, małe sprostowanie. Powyższy list to drugi z mojej korespondencji z węgierskimi krewniakami. Jak znajdę kiedyś ten pierwszy, też go wrzucę. Tamto tłumaczenie jest jeszcze lepsze
Drogi Klacz...

sobota, 7 czerwca 2008

Iluzje subiektywnie…

Znacie gdański zespół Illusion? Nie znacie. A to było tak…

Szliśmy sobie kiedyś, a było to naprawdę strasznie dawno temu, pewnie za czasów wczesnego AWS-u i Pięknego Mariana (nomen omen z Gdańska również), z kolegą przez Gdańsk właśnie, aż tu nagle… całkiem niechcący znaleźliśmy się na koncercie jakiejś kapeli. Nie wiedzieliśmy co to, kto to, po co i dlaczego. Pamiętam tylko, że na niewielkiej scenie podrygiwało kilku kolesi, którzy wyglądali na Skinheadów, mieli gitary prawdziwych death- albo heavymetalowców, grali po grunge’owemu, a śpiewali o miłości, pokoju i walce z przemocą, a do tego od czasu do czasu naśladowali rapujących czarnuchów z MTV, co było takim gigantycznym słodko-gorzko-kwaśnym kontrastem, że aż wyszło z tego coś genialnego. Zapamiętałem z tego koncertu (tylko) jedną piosenkę, której refren moja baza danych zarejestrowała tak oto: „jeśli ktoś gdzieś płacze, to być może płacze przez Ciebie, więc musisz naprawić to, co zepsułeś”. Podobał mi się zarówno ten tekst, jak i skrzętnie przycięta do niego melodyjka. Wtedy jednak byłem muzycznym analfabetą zdolnym jedynie do bezrefleksyjnego stwierdzenia, że coś w tym jest. Nie czekając na ostatnie bisy (oczywiście teraz doskonale wiem co się w tych bisach mogło pojawić) popędziłem do domu, by dalej słuchać zapewne Perfectu, Rolling Stonesów czy innych flanelowych hiciorów z czasów dzieciokwiecistych.

Oczywiście, bystry czytelniku, to był właśnie zespół illusion. Dotarło to do mnie, gdy spory czas później całkiem świadomie wsłuchiwałem się już w jego piosenki. Jedna brzmiała mi jakoś dziwnie znajomo: „to przez Ciebie może płacze ktoś, więc pokochaj go, pokochaj go”. A ja zamiast pokochać jakichś szlochających, zakochałem się w muzyce Illusion. A dopiero po dłuższym czasie zrozumiałem dlaczego. Aha, przy okazji srogie pozdro dla Marka M (a.k.a. Cieć), który mnie zaraził muzyką Illusion.

Przede wszystkim wypracowali własny styl będący przypadkowo złożeniem wszystkiego, czego wówczas słuchałem i czym się zachwycałem– grunge + trash metal + pacyfistyczne teksty – oraz sporadycznego hip-hopu, który wcale mi nie przeszkadzał nie będąc wszakże elementem powyższej listy. Do tego całkowita anty-komercja i to coś w głosie Tomka „Lipy” Lipnickiego – wokalisty kapeli i zarazem jej założyciela i autora tekstów. Lipa we wszystkim jest (a może był) okrutnie autentyczny. Jego teksty są proste, a jednocześnie refleksyjne i głębokie, a do tego uniwersalne. Zresztą posłuchajcie sami wspomnianej już piosenki „Cierń”.



a tutaj lepsza wersja audio

Stój! Cicho wołasz mnie
Stój! Bardzie, powiedz mi co sprawia, że
Każdy dzien spija tyle krwi
Wiem tyle co i ty
I kazdy ból czuję tak jak ty
I nawet ktoś mając setki lat
plakałby jak ja!
Każdy ma swoj cel i gniew
Każdy ma swoj ból
I kiedy kładziesz sie każdej nocy
Wyrwij jeden cierń
Spójrz co zrobiłeś dziś
I spal kazdy jeden bląd
I przez Ciebie moze płacze ktoś
wiec pokochaj go
Każdy ma swoj cierń...

Zawsze bardzo podobała mi się również piosenka „Choćby jęk” (słowa). Lipa popisuje się w niej głosem o olbrzymich możliwościach, choć pewnie mógłby się nim posługiwać bardziej profesjonalnie. Ale może bez swojej charakterystycznej maniery straciłby swoją autentyczność.





Albo piosenka B.T.S.(słowa) do posłuchania tutaj)
Słowa kłamcy sa najsłodsze ze słow
Lecz ty ich nie masz dość i on ich nie ma dość

Swoją drogą zastanawia mnie tytuł piosenki. Spośród wyszukanych przez Wikipedię nie znalazłem żadnego przekonującego. Moja wersja to „Better Than Sex”, ale pewnie się mylę.

Warto jeszcze wspomnieć o trasie koncertowej Bolilol Tour, z której wykoncypowano płytę o tej nazwie (aka Illusion 4). Nie wiem dokładnie gdzie odbywały się koncerty, które się na nią złożyły. Nie ważne. Ważne, że płyta ta oddaje ducha i nastrój koncertów Illusion. Niektóre odzywki nie są wyszukane, ale kilkuminutowe „skandowanie” przez setki czy tysiące gardeł hasła „pierdolę przemoc” tyle samo zadziwia, śmieszy, co i przejmuje.

Illusion grał, a myśmy go słuchali. Ale! Któregoś przykrego wieczoru siedziałem sobie w domu i słuchałem radiowej trójki. A ta, w osobie Marka Niedźwieckiego, zaprosiła mnie na… koncert pożegnalny gdańskiej formacji Tomka Lipnickiego. Koncert odbył się w Kwadracie jakiś już czas temu, bo w roku 1999, a ja do dziś nie mam bladego pojęcia dlaczego na nim nie byłem. I nie mogę sobie tego wybaczyć.

Wielkie nadzieje wiązano z nowym projektem Lipy (bo to przecież on był motorem zespołu), który nazywa się Lipali. Lipali to już jednak coś zupełnie innego. Stary illusion słuchany na trzecich kopiach kaset (przecież nikt nie miał wtedy nagrywarek), z rysowanymi przez nas odręcznie okładkami, Illusion, który śpiewało się gdzieś w nocy na plażach, który gdzieś się ciągle w Gdańsku pojawiał, to było przeżycie. I jeśli nawet muzycznie Lipali jest do niego zbliżony, to jakoś nowe szaty – profesjonalna grafika, teledyski, strona internetowa z możliwością kupna lipowej koszulki – niezbyt do niego pasują. Kilka razy próbowałem się do tego przekonać, ale wszystkie próby spaliły na panewce, bo jakoś nie byłem w stanie przesłuchać tych płyt. Chyba działa tutaj efekt Cobaina – coś, co się skończyło definitywnie smakuje nieprzeciętnie lepiej niż coś, co jeszcze trwa. Przykłady można mnożyć. A tutaj do obejrzenia jedyna piosenka Lipali, która jest tego warta:



A na sam koniec, żeby już Was nie zarzucać kolejnymi piosenkami, najpiękniejsza ballada starego dobrego Illusion - „Tylko”



Wyrzeźb sam w kamieniu swoją twarz
Pozostaw w skale ślad
I przytul się do serca matki swej
I słuchaj szumu drzew

Tylko zrozum to
Że ludzie płacza czystą krwią
Tylko zrozum to
Że to twoj los

Nie możesz być już ślepy jak każdy kret
Masz widzieć kazdy ból
I bijąc sercem w mur otworzyć drzwi
By słuchać szumu drzew

Tylko zrozum to
Że ludzie płacza czystą krwią
Tylko zrozum to
Że to twoj los

Tu znajdziecie wikipedyczną historię „Illusion”
A tu teksty piosenek

Głupawka 1.1

Wszystko się tu ostatnio popieprzyło
Wielu znanych się zzieleniało
Wielu po prostu zgniło
I tak naprawdę mało kto przeżył cało

Nie każdy wierzy w te nowości
Bo to przecież rzecz niebywała
Żeby Ziemia się tak nagle rozpłakała
Mimo spoczywającej na jej barkach odpowiedzialności

Toteż i nie dziwota
Ze Einstein na wieść o tym beczeniu
Nie poddając się nawet leczeniu
Bez słów dokonał żywota

Papież powiadają pełen premedytacji
Zanim stał się takim całkiem
Zielonym i małym ogarkiem
Podjął się nawet szaleńczej mediacji

Kant podobno uciekł z Królewca
Dał się ukrzyżować w szaleńczej gonitwie
Znaleźli go dopiero po latach na Litwie
Kiedy tak mocno dumał, że aż zleciał z drzewca

Chopina to wszystko zastało w akcie intymnym
Tak była biedaczka przejęta i rozpalona
Że zanim spostrzegła, twarz Mistrza była już całkiem zielona
A sam Chopin stał się kimś innym

Curie-Skłodowska w ostatnim liście
Prosi mnie, bym w tym pioruńskim potopie
Nie pisał głupich wierszy o katastrofie
A ja na to: „oczywiście, że napiszę, oczywiście

Editorial 2.1

Coś mnie tu męczy dręczy majaczy

W lustrze nie wyglądam cudownie

Ale nie o mój wygląd tu chodzi pijacko-pajęczy

Ale o skarby patrzenia i kąt widzenia

Męczy mnie fotel swym starczym

Myśleniem potwornym zwodzeniem

I tym trzaskiem góra wpół drogi do sedna

W ćwierć drogi do hurra!

Dręczą mnie wojenne cienie i okamgnienie

A przede wszystkim mnie dręczy

Gdy na falach tęczy ktoś krzyknie

I zniknie jak jedno skinienie

Majaczy mi wtedy prominentny motyl

postkomunista kartograf adwentysta

Roztacza mapę Europy

Jej wizję-hipokryzję

Coś mnie tu męczy dręczy majaczy

O skarby patrzenia tu chodzi o kąt widzenia

A może o szczekanie nocnych ujadaczy

O senność nieistnienia

Editorial 1.1

MójnowybloG
Stary znajdziecie tutaj