Ą-Ę i MUB
"Ą - Ę przez bibułkę". To nie tutaj. Kobiet nie puszcza się tu przodem, ani też nie pomaga się im, nawet gdy tego bardzo potrzebują. Nie ma taryfy ulgowej. Obserwuję: udzie chłopak z dziewczyną. Upadła jej torba. Musiała torbę podnieść, a przecież niosła jeszcze dwie inne. Mocno się biedaczka nagimnastykowała. Chłopak się nie gimnastykował, mimo że miał wolne ręce. Obserwuję: inna dziewczyna jechała z grupą swoich francuskich kolegów. Wypadł jej z torebki telefon i ktoś jej go podniósł. Kto? Stojący parę metrów dalej Słowak. Jak Francuzi strasznie nie dbają o swoje kobiety! A przecież mają o kogo dbać! Masakra.
MUB są wyrazem tego jak bardzo rzeczeni nie dbają również i o starszych ludzi. Małe Upierdliwe Babcie, bo o nich mowa, są niegroźne. Niegroźne dopóki nie wyświadczy się im choćby najdrobniejszej przysługi.
dygresja: Ludzie mają tu bzika na punkcie uprzejmości. Nie jest ona może taka sztuczna jak w Wielkiej Brytanii, niemniej jednak troszkę drażni mój słowiański dystans do obcych i słowiańską oszczędność czynioną na miłych słowach. Słyszę kilkadziesiąt merci dziennie, przy czym często naprawdę nie wiem za co, chyba za to, że kogoś nie popchnąłem (a mogłem) albo nie wymierzyłem srogiego kopniaka (a taka była okazja).
Wróćmy do babć. Przedsmak tego na czym polega MUB zaserwowano mi w tramwaju. Jechał sobie jakiś Nigeryjczyk, a nad nim łypała przyczajona do ataku babcia. W którymś momencie chłopak wstał i powiedział "proszę sobie usiąść". W tym momencie babcia automatycznie włączyła tryb "merci", załączyła napęd na 4 koła i uruchomiła turbo. Zachowała się jakby jej syn dostał właśnie nagrodę Nobla, która mu się należała (jak Wolszczanowi) od wielu lat, a córkę właśnie uwolnili pakistańscy porywacze. Zaczął się potok podziękowań i wdzięczności, której nie przeszkadzał nawet fakt, że chłopak udał się wprost do drzwi wyjściowych. To dało mi dużo do myślenia. Innym razem sam ustąpiłem takiej babci. Wprawdzie przeczuwałem, że robię źle, jednak w najgęstszych obłokach morfeusza nie przypuszczałem, że spotka mnie za to aż taka kara. Babcia była wniebowzięta. Chciała mnie od razu zaprosić do siebie na herbatkę, zapoznać mnie ze wszystkimi swoimi kotami i jeszcze ugotować obiad. Potem jeszcze raz ustąpiłem jednej babuszce miejsca. Tym razem nie dałem jej nawet szans na podziękowania. Wysiadłem natychmiast z tramwaju i poczekałem na następny. Nie dziwię się, że tutaj nie ustępuje się miejsca starszym ludziom.
Miłość jest ślepa, czyli pulpety w gębie
Konkretnie miłość do języka francuskiego. Bo to w moim przypadku miłość całkowicie nieodwzajemniona. Czasem, gdy ktoś mówi wyraźnie, rozumiem wszystko. A czasem ludzie tutaj wsadzają sobie do buzi pulpety, a w każdym razie tak to brzmi. Tragedia. Raz rozmawiałem z jakimś lokalnym panem dozorcą akademika, którego natura obdarzyła nie tylko pulpetami w gębie, ale także wadą wymowy. Z jego pięciominutowego monologu nie zrozumiałem dosłownie nic. Zacząłem się zastanawiać, czy on czasem nie jest jakimś obcokrajowcem. Ale nie. W ogóle Francuzi wiedzą doskonale, kiedy mówią zrozumiale, a kiedy powinni troszkę zwolnić i postarać się o dokładniejsze wymawianie poszczególnych słów i zrezygnować z niektórych kolokwializmów. Ale tego często nie robią. Mam często wrażenie, że to wszystko jest celowe, na zasadzie "chcą skumać, to niech się dobrze nauczą języka, ja się nie będę specjalnie starał". Dobra, może to tylko wrażenie.
Poplątanie języków
Wciąż o językach. Ciekawe zjawiska zaobserwowałem, gdy razem z kolegą Jankiem zapisaliśmy się na zajęcia z niemieckiego. Niemiecki po francusku? Ciekawe połączenie. Ponadto - skoro niektóre fragmenty lekcji rozumiałem ja, a niektóre Janek - często pomagaliśmy sobie po polsku. Zrobiły się z tego trzy języki. Z jednej strony chciałoby się powiedzieć "o 2 za dużo". A z drugiej strony ta lekcja byłą ciekawym doświadczeniem, wymagała naprawdę niezłej koncentracji. W takiej sytuacji naprawdę dużo się odkrywa, również w swoim języku, choć jednocześnie jest to całkiem męczące.
Przy okazji wydało się jeszcze parę ciekawostek. Najbardziej uderzyła mnie oporowość, jeśli nie ułomność Francuzów do nauki języków obcych. Ja zapytany o długość nauki języka naszych wspólnych (Polaków i Francuzów) sąsiadów, oszacowałem ją na rok (no bo nie będę przecież tłumaczył, że mieszkałem w Niemczech, ale to było tak dawno, że najstarsi piwosze bawarscy nie pamiętają, kiedy to było) mimo, że tak naprawdę Polak nauczyłby się tego w pół roku albo i szybciej. I mniej więcej mój poziom odpowiada średniej w grupie. Tylko, że średnia tej grupy wynosi 7 lat nauki z wartościami maksymalną i minimalną odpowiednio 11 i 6 lat! Jedna dziewczyna po sześciu latach nauki nie rozumiała pytania "jak długo uczysz się niemieckiego" (a przed nią na to samo pytanie odpowiadała po kolei cała grupa, więc nawet z kontekstu można się było skumać). Teraz zaczynam rozumieć czemu tu się nie można dogadać po nie-francusku.
Nie mniej ciekawa była reakcja grupy na to, że jesteśmy z Polski. "No to jak jesteście z Polski, na pewno świetnie mówicie po niemiecku". Postarałem się ten temat troszkę podrążyć. I znalazłem 3 rozwinięcia tego stwierdzenia, spośród których chyba wszystkie są po trochu prawdziwe (wg Francuzów):
- jesteście Polakami, a wszyscy Polacy uczą się niemieckiego, bo przecież to Wasz ważny sąsiad,
- jesteście Polakami, czyli nie macie takiego antytalentu do języków, jak my,
(a teraz najlepsze:)
- jesteście Polakami, a to znaczy, że [sic!] Wasz język jest podobny do niemieckiego.
To dość powszechny pogląd, z którym spotkałem się tu kilka razy. Pierwsze wrażenie: O Boże, co za brednia! Ale w zasadzie cień prawdy w tym jest, a przynajmniej rozumiem skąd się taki pogląd mógł wziąć. Otóż tutaj zna się dużo Polaków, bo Polaków we Francji jest całkiem sporo. I wie się, że Polacy często mówią po niemiecku. Obydwa języki są dla Francuzów dość podobne pod tym względem, że mówi się to, co się pisze. Obydwa są wyraźnie inne od angielskiego, hiszpańskiego, włoskiego czy portugalskiego, a więc języków bądź co bądź łatwiej przyswajalnych dla przeciętnego zjadacza bagietki. No a poza tym, o czym Francuzi z pewnością nie wiedzą, mamy w swoim języku bardzo dużo zapożyczeń od Niemców (oni mają dużo mniej polskich). Niemniej tak czy siak, żeby nie było - pogląd o podobieństwie polskiego i niemieckiego to wierutna bzdura i zarazem przejaw ignorancji.
Wróćmy do języka francuskiego. Na jednej z "posiadówek" studentów przyjezdnych, czyli Erasmusów, wyjątkowo dała mi się we znaki słaba znajomość francuskiego. Przyznać muszę, że niezmiernie irytuje mnie, gdy mam na jakiś temat dużo do powiedzenia, a nie dość, że nie mogę powiedzieć tego, co bym chciał, to na dodatek wychodzę na ignoranta albo kogoś, kto nie ma wcale poglądów. Nie lepiej jest, gdy próbuję zażartować, a żart ów ma bardzo krótką datę ważności. Króciusieńką. Zazwyczaj w takiej sytuacji działa swoista, lingwistyczna wersja prawa Murphiego (jeśli zastanawiasz się jak coś sformułować najlepiej, tak, żeby wszyscy zrozumieli i rozważasz jedną z kilku wersji sformułowań, to na pewno wybierzesz takie, którego nikt nie zrozumie). Wówczas zabieram się za tłumaczenie, ale jednocześnie wiem, że oto właśnie żart się przeterminował, jest już zepsuty i nie nadaje się do spożycia. A jednocześnie zabrnąłem już tak daleko, że nie mogę zrobić odwrotu. Czuję się, jakbym na oczach wszystkich swoich słuchaczy położył na patelni stary, porośnięty zielono-białym puchem schabowy i uśmiechając się zapewniał, że będzie im smakowało. Szlag mnie trafia! Tego wieczoru wszystko to miało miejsce po wielokroć. A na sam koniec dowiedziałem się, że Włoszka, która mówi po francusku całkiem dobrze, a z pewnością lepiej niż ja, uczy się go od 3... miesięcy. Kur.....mać!
Potem się pocieszyłem. Gdy nasz region Europy kiedyś przestanie być tym biedniejszym bratem albo przynajmniej zacznie bardziej się liczyć, i to nie tylko jako region do robienia interesów, ale i jako region wart zainteresowania, zwiedzenia i zasmakowania, coraz więcej osób z Zachodu zacznie odkrywać nasze kraje i uczyć się języków słowiańskich. Wówczas to my będziemy górą, po trzech miesiącach nauki dajmy na to serbsko-chorwackiego będziemy wymiatać lepiej niż Francuz, który uczy się tego języka od lat ośmiu (tak, ośmiu...). W każdym razie na pewno łatwiej nam nauczyć się języka zachodniego niż im języka wschodniego. A przecież my już znamy przynajmniej po 2 zachodnie języki.
Ładni ludzie
We Francji ludzie są jacyś tacy odrobinę ładniejsi. Dotyczy to zarówno urody jako takiej, jak i umiejętnego jej wykorzystania (nie oszpecenia) za pomocą artefaktów w postaci poszycia zewnętrznego, malowania, kamuflażu i dodatkowych uzbrojeń, których w przerażającej ich większości nie umiałbym nawet nazwać.
Uroda. Daleki jestem od wychwalania urody Francuzek i absolutnie nie podejmę się porównywania ich z Polkami, bo jedne i drugie są raczej ładne. Niemniej jednak, co brzmi zupełnie absurdalnie i jest poglądem cokolwiek ekscentrycznym, w ogóle wszyscy ludzie tutaj są jacyś ładniejsi, również imigranci, turyści, zagraniczni studenci i cała niefrancuska masa, która wystawiła tutaj bardzo liczną reprezentację. Nawet przyjeżdżające tutaj Brytyjki i Niemki cokolwiek nie straszą. Może na uczelniach mają jakiś taki system rekrutacyjny, w którym dostaje się punkty za urodę? A może to wszystko kwestia...
Ubioru. Nie ma w ogóle dresiarstwa. Co najwyżej czarni skejci. Ale to w zasadzie nawet ciekawy element krajobrazu, poza tym rzadki. A ciemnoskórzy są niekiedy nawet lepiej ubrani niż przeciętni rodowici Francuzi. Ubierają się modnie, gustownie i unosi się nad nimi woń drogich, całkiem dobrze dobranych zapachów. Do niedawna wydawało mi się, że wśród azjatycko-afrykańskich emigrantów mieszkających w Europie Zachodniej dominują, a przynajmniej na pierwszy plan wysuwają się śmierdzący, ubrani jak bossowie discopolo, szpanujący świeżo kupionymi lub ukradzionymi sprzętami dorobkiewicze. Tutaj tacy też się znajdą, ale nie dominują w ostatecznym obrazie pozaeuropejskich imigrantów.
1 komentarz:
we francuskim sa przypadki?
moze o to chodzi
pzdr,
R.
Prześlij komentarz